Potknij się, masz prawo

I have not failed. I’ve just found 10,000 ways that won’t work.
(Ja nie przegrałem. Ja po prostu znalazłem 10,000 sposobów, które nie zadziałają.)

Thomas A. Edison

Są dni, kiedy jest wręcz wspaniale. Wszystko idzie po naszej myśli, na każdym skrzyżowaniu trafiamy na zielone światła, pani w bufecie szkolnym sprzedała nam bułkę za pół ceny, widząc naszą konsternację na twarzy po otworzeniu portfela, a pogoda jest tak ładna, że aż żal nie wyjść z domu. Sprawdzian był prosty, znaliśmy wszystkie odpowiedzi i mamy dobre przeczucia, a inny nauczyciel w bonusie wstawił nam piątkę za aktywność. Jest świetnie, żeby nie powiedzieć genialnie.

W domu czeka nasz ulubiony obiad, a na stole znajdujemy ukochane ciastka od babci. W słuchawkach leci dobra muzyka, przyjaciel, który od dawna się nie odzywał, zaproponował spotkanie, a weekend już za dwa dni. Wszystko jest w porządku. Dzień nawet dobrze się kończy – znaleźliśmy czas wieczorem na obejrzenie kolejnego odcinka świetnego serialu (na przykład BoJack Horseman), odkurzyliśmy konsolę i pograliśmy w coś relaksującego (na przykład Final Fantasy XV). Na koniec kładziemy się do łóżka na pełne osiem godzin. To dużo, biorąc pod uwagę, że zwykle zamiast ośmiu dostajemy jedynie cztery czy pięć. Zasypiamy od razu w wygodnym łóżku, bez żadnych problemów.

Następnego dnia budzimy się z silną migreną, zatkanym nosem i złośliwie drapiącym gardłem. Okazuje się, że kawa się skończyła, a mleko przeterminowało. Podobnie, jak chleb, który chcieliśmy zjeść na śniadanie. Ulubiona koszulka jest od kilku dni w praniu i wciąż nie wróciła do szafy, telefon chyba się zaciął i kompletnie nie chce współpracować, a mama od rana jest w dziwnie złym humorze.

W dodatku każą nam iść do szkoły, więc na lekcjach siedzimy w szaliku, z podręczną apteką na ławce, ledwie kontaktując ze światem zewnętrznym. Nie zakręcamy do końca wody, którą chwilę później odkładamy do plecaka i wystarczy moment, żeby wszystko było zalane. Nie odrobiliśmy pracy domowej, nauczyciel wstawia nam jedynkę. Autobus powrotny nam uciekł, kolejny przyjedzie dopiero za dwadzieścia minut, a my właśnie zorientowaliśmy się, że nie zabraliśmy z domu portfela. Nie mamy biletu, trzeba jechać na gapę. Na drugim przystanku kasowniki nagle się blokują, a kilka chwil później podchodzi do nas kontroler biletów. W rezultacie wracamy do domu z mandatem.

Takie dni się po prostu zdarzają.

Without failure there is no achievement.
(Bez porażki nie ma osiągnięcia.)

John C. Maxwell

Przyzwyczajeni do stereotypowego myślenia o porażkach, mamy wrażenie, że one tylko niepotrzebnie podcinają nam skrzydła albo podkładają nogi przy byle okazji. Że cofamy się wówczas o co najmniej kilkanaście kroków, że powracamy do punktu, w którym byliśmy sporo czasu temu, że nic więcej nie ma prawa się udać.

Porażki bolą – niektóre bardziej, inne trochę mniej. Ale wszystkie.

Mnie także czasami uporczywie kopią w kostki, próbując przypomnieć, gdzie według nich jest moje miejsce – gdzieś daleko od tego, w którym chcę się wreszcie znaleźć, gdzieś w cieniu, jakby w tle. Irytujący głos w głowie cicho powtarza, że nie warto próbować raz jeszcze i że skoro poprzednim razem się nie udało, to teraz tym bardziej się nie uda – w takich chwilach zaczynam desperacko szukać motywacji. A potem trafiam na coś takiego.

Te niepozorne trzydzieści sekund jest niczym porządny policzek i kopniak w cztery litery równocześnie. Mam wrażenie, że mogę przenieść góry, podbić cały świat, zwiedzić galaktykę i zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych, robiąc to wszystko w jeden dzień. Problem polega na tym, że to wrażenie jest tylko chwilowe.

Przecież nazajutrz też mogę się obudzić z migreną, nie zdążyć na autobus, dostać złą ocenę czy paść ofiarą grypy. Mogę nie zdać testu, zepsuć telefon, nie napisać nawet słowa do książki albo palnąć coś głupiego przy osobie, na której mi zależy. I to wszystko może się również zdarzyć kolejnego dnia. I tego następnego też.

No dobra. Ustaliliśmy już, że bez końca możemy przegrywać. Świetnie. To ustalmy coś jeszcze.

Jesteśmy inteligentnymi ludźmi i na pewno słyszeliśmy o uczeniu się na błędach. Posiadamy tę umiejętność. I wiemy, że jest to niesamowicie przydatne, ułatwia życie oraz poprawia samopoczucie, bo potrafimy wówczas spojrzeć na porażkę z zupełnie innej, znacznie zdrowszej perspektywy.

Jest takie powiedzenie: nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Płaczem nie cofniemy czasu ani nie „pozbieramy” mleka z powrotem do kartonu, ponieważ zwyczajnie się nie da. Tak samo, jak nie da się na przykład ugryźć w język, kiedy już powiedziało się coś głupiego.

Potknąłeś się piąty raz i upadłeś prosto na twarz? Wstań po raz szósty, otrzep się z kurzu, szeroko uśmiechnij i idź dalej. Bo jesteś tylko człowiekiem, który ma prawo do błędu. Nie płacz i nie wkurzaj się, że go popełniłeś – nie zmienisz w ten sposób rzeczywistości, a i złość piękności szkodzi. Zastanów się, dlaczego tak się stało, wyciągnij wnioski.

I pamiętaj – musi boleć, zanim będzie wspaniale.

kristopher-roller3.188180.jpg

Post powstał dzięki inspiracji bardzo wartościowym projektem – Tydzień Porażki (polecam ogarnąć na Facebooku!), który ułatwia i pomaga mówić o porażkach, otwarcie i bez wstydu. Tak samo, jak zwycięstwa, porażki są ważną, w dodatku całkiem sporą, częścią naszego życia. Nie bójmy się o nich mówić. Chwalmy się nimi.

Ty też możesz to zrobić – na blogu, na kanale YouTubie, gdziekolwiek, gdzie się aktywnie udzielasz i dzielisz ze światem swoją kreatywnością.

Warto, serio.

A teraz idź się uczyć na błędach i podbijaj świat dalej.

6 myśli na temat “Potknij się, masz prawo

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s