Moja największa i najgorsza miłość

Chyba wszyscy moi znajomi wiedzą o tym, jak bardzo kocham całe uniwersum Assassin’s Creeda. Jest to moja największa, ale równocześnie najgorsza miłość. Dlaczego? Przez długi czas świat dzielnie tolerował upartą naturę Ubisoftu i przyjmował kolejne części z delikatnym uśmiechem na twarzy, niczego nie komentując. Dla niektórych to już są jednak odgrzewane kotlety. Nie przeczę. Ale nadal uważam, że to bardzo piękna rzecz. I zawsze, nieważne, ile części jeszcze powstanie, taka będzie. I nikt mi nie wmówi inaczej. Nawet sam, cholera, Ubisoft.

Jest naprawdę sporo rzeczy, które uwielbiam w asasynach. To dzięki nim rozgrywka staje się niepowtarzalna, tworzy odpowiedni klimat i czaruje absolutnie wszystkim. W głównej mierze chodzi mi o ideę pozostawania w cieniu, ukrywania się, robienia każdej rzeczy po cichu, a w rezultacie również zabijania i jednocześnie pozostawiania przy tym całkowicie niezauważonym. Uwielbiam dynamiczne skakanie po dachach, uwielbiam maszynę latającą w trzeciej części, uwielbiam opowiadane w tych grach historie, uwielbiam proces synchronizacji nowych miejsc, który kończy się skokiem wiary. Za każdym razem mam ciary i podniecam się niczym siedmiolatek. Nawet teraz. Nawet po tylu latach.

Tylu, czyli mniej więcej jedenastu. Świat ujrzał pierwszą część w 2009 roku.


500px-Assassin's_Creed_logo.svg

Początek września, 2012 rok. Desmond Miles to najzwyklejszy w świecie barman, który pewnego dnia zostaje porwany przez tajemniczą, nikomu nieznaną organizację. Nikt nie wie, o co chodzi. A później okazuje się, że chodzi o Abstergo Industries — współczesny zakon templariuszy. Grupa, która toczy odwieczną walkę ze swoimi największymi wrogami, asasynami. Desmond zostaje zmuszony do współpracy i siłą umieszczony w Animusie — maszynie, która służy do odczytywania pamięci genetycznej przodków. Na własnej skórze odkrywa życie asasyna żyjącego w 1191 roku.

Wszystko zaczyna się więc od Altaïra ibn La—Ahad’a. To w jego postać gracz wciela się na początku rozgrywki. Celem wojownika jest wyeliminowanie dziewięciu postaci, które propagują wyprawy krzyżowe i są odpowiedzialne za przelanie krwi wielu niewinnych.

Gracz odwiedza pięć historycznych, niezwykle charakterystycznych miejsc: Jerozolimę, Damaszek, Akkę, Masjaf oraz Arsuf.

Produkcja dała początek całej serii, która doczekała się kontynuacji wydanych zarówno na konsole stacjonarne, jak i przenośne oraz komputery PC.

W kolejnych częściach (Assassin’s Creed II, Brotherhood oraz Revelations) gracz wciela się Ezia Auditore — młodego szlachcica z bogatej florenckiej rodziny. Podobnie jak Altaïr, Ezio jest praprzodkiem Desmonda Milesa. Gra rozpoczyna się od ucieczki Desmonda i Lucy z Abstergo do kryjówki, gdzie znajduje się ulepszony animus, dzięki któremu Miles zostaje, przez Efekt Krwi, asasynem.

Ezio ma dwóch braci, starszego Frederica i młodszego Petruccia, siostrę Claudię, matkę Marię oraz ojca Giovaniego. Wszystko zmienia się w momencie, w którym Giovani zostaje zdradzony i niesłusznie oskarżony. Dalej jest tylko gorzej, ale to już byłby spoiler.

Później nadszedł Assassin’s Creed III, którego bohaterem jest Ratonhnhaké:ton. Desmond natomiast ma zbadać życie swojego angielskiego przodka — wielkiego mistrza templariuszy Haythama Kenwaya. W 2013 roku ukazała się kolejna część serii, Assassin’s Creed IV: Black Flag, w której gracz wcielał się w Edwarda Kenwaya — pirata działającego na Karaibach podczas złotego wieku piractwa, a zarazem dziadka Ratonhnhaké:tona.

Siódma część, a zarazem sequel Assassin’s Creed IV: Black Flag nosi tytuł Assassin’s Creed: Rogue, gdzie fabuła osadzona jest w XVIII wieku podczas wojny siedmioletniej i przedstawia losy Shaya Patricka Cormaca — asasyna, który zostaje zdrajcą i przechodzi na stronę templariuszy.

Ósma część, czyli Assassin’s Creed: Unity, rozgrywa się w Paryżu w czasach rewolucji. Tym razem bohaterem jest zabójczo przystojny (wybacz, musiałam, taka prawda, bo cholernie im wyszedł) Arno Dorian. Jego przybrany ojciec zostaje brutalnie zamordowany, mężczyzna stara się go pomścić i dowiedzieć kto za tym stoi, więc dołącza do zakonu asasynów.

Blisko dwa lata temu wyszła dziewiąta część serii — moje ulubione i ukochane Assassin’s Creed: Syndicate. To pierwsza część, gdzie Ubisoft daje nam do wyboru także grę w kobiecej skórze, gdyż głównych bohaterów jest dwójka — rodzeństwo Frye. Jacob, zapalczywy młodzieniec, którego największym celem jest wzniecenie robotniczego powstania przeciwko wszechobecnemu uciskowi oraz Evie, ta bardziej rozsądna, która skupia się na odnalezieniu fragmentów Edenu. Wiktoriański Londyn przeżywa rewolucję przemysłową. A gra jest przepiękna.


Świat nadal nie może się otrząsnąć z szoku po niedawno odbytej konferencji E3 2017, o której planuję napisać też osobny artykuł (wiem, to znów będzie o grach, wybacz, to jest po prostu silniejsze ode mnie). To podczas niej świat ujrzał pierwsze trzydzieści minut rozgrywki najnowszej części serii — Assassin’s Creed: Origins. Której premiera, jakby tego wszystkiego było mało, oficjalnie została zapowiedziana dokładnie na dzień moich urodzin. Lepiej być nie mogło, serio.

Teraz już wiesz, co kocham najbardziej, zaraz po muzyce i pisaniu. No i kawie.

Jeżeli nadal nie rozumiesz mojego dziecinnego podekscytowania, to po prostu zagraj. Najlepiej w Syndicate. Definitywnie w Syndicate.

Trzymaj się ciepło,

2560x1440-white-solid-color-background

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s