#MuzykaMiesiąca: styczeń 2018

Tak, dobrze widzisz. Nie, nie pomyliłeś się. Naprawdę napisałam wreszcie ten tekst (z wieloma przerwami na klęczenie na grochu) i teraz, z sercem przepełnionym skruchą, oddaję go w Twoje ręce, by zapoznać Cię z kolejnymi dziesięcioma albumami muzycznymi, które odkryłam w styczniu. Dobrze przeczytałeś — w styczniu. Wiem, że jest koniec lutego. Za miesięczny poślizg możesz na mnie nakrzyczeć w komentarzu. Obiecuję poprawę. A teraz muzyka.
facebook-512

#10 Fall Out Boy M A N I A

maniaNigdy nie byłam za bardzo fanką tego zespołu, ale muszę przyznać, że parę starych utworów nadal doskonale pamiętam i próbuję ich unikać, bo inaczej nucę to samo przez parę dni pod rząd. Bez przerwy. Mowa o zespole Fall Out Boy, czyli amerykańskim zespole rockowo—pop—punkowym. Zanim w ogóle zespół powstał, jego członkowie znani byli jedynie na tej mniejszej, undergroundowej scenie (występując głownie w hardcorowych grupach), gdzie zdążyli się bardzo dobrze poznać, a później pójść za radą Joe’go Trohmana oraz Petera Wentz i wreszcie stworzyć kwartet. W 2002 roku zrobiło się o nich głośno, by potem było już tylko lepiej. Teraz mamy więc album M A N I A, który jest siódmym albumem studyjnym zespołu. W międzyczasie chłopacy przeżyli gorsze chwile, Fall Out Boy nawet nieoficjalnie się rozpadł, ale po pewnym czasie na rynku muzycznym pojawił się nowy singiel i czwórka muzyków zapewniła, że wracają do gry. M A N I A wprawdzie składa się tylko z 10 utworów, ale to nadal jest ten sam świetny Fall Out Boy, którego znamy z 2015 roku i kojarzymy z ich prawdopodobnie największym sukcesem, czyli American Beauty/American Psycho. Osobiście, z najnowszego albumu mam tylko dwóch faworytów (choć nadal uważam, że całość komponuje się ze sobą naprawdę dobrze, będąc tym samym warta przesłuchania): “The Last Of The Real Ones” oraz “Champion”. To muzyka, która da Ci porządnego kopa w tyłek i przypomni, że zostało jeszcze sporo do zrobienia.

#09 Don Diablo FUTURE

https3a2f2fimages-genius-com2f4d649c4dd375625659d5d36f32350076-1000x1000x1Oficjalnie Don Pepijn Schipper, który urodził się w Holandii, zaistniał na rynku muzycznym pod pseudonimem Don Diablo jako DJ, producent muzyczny, muzyk, pisarz tekstów, a wszystko to w rytmach elektrycznej muzyki tanecznej. Bo cóż by innego mógł grać DJ? Niemniej jednak, warto nadmienić, że Don jest filantropem — został pierwszym ambasadorem organizacji Dance4Life, która organizuje kampanie na temat HIV’u oraz AIDS, przy czym odwiedził też parę miejsc w Afryce, by również tam te kampanie szerzyć. FUTURE jest jego drugim albumem studyjnym, który powstał aż dekadę po debiucie, ale jest za to całkiem dobrym dziełem. Szesnaście utworów, które spokojnie można zarówno puścić na imprezie i świetnie się przy nich bawić, jak i posłuchać ich we własnym domu, najlepiej ze słuchawkami na uszach (wiadomo, że w takim przypadku taniec też jest jak najbardziej wskazany). Osobiście, najbardziej przypadł mi do gustu duet z Callumem Scottem, którego również darzę ogromną sympatią za oryginalny głos. Co do Don Diablo, facet ma ogromny potencjał. Wystarczy posłuchać.

#08 MGMT Little Dark Age

little20dark20ageMGMT to przede wszystkim bardzo specyficzna muzyka, która nie każdemu musi przypaść do gustu (po prostu lojalnie ostrzegam i upewniam, że masz pełne prawo do ominięcia tej pozycji na liście — zresztą, jakiejkolwiek innej także). Zespół został założony sześć lat temu w Brooklynie w Nowym Jorku. Składa się z czterech członków i dokładnie tyle samo ma na swoim koncie albumów studyjnych, z czego Little Dark Age jest tym najnowszym, który wyszedł dopiero w tym roku (na początku lutego, ale to nieważne, uznajmy, że to naprawdę jest ze stycznia, co nie). Muzyka to głównie rock, ale jest w nim trochę alternatywnego indie—rocka, trochę (czytaj: całkiem sporo) psychodelii, a nawet trochę elektroniki. Ja naprawdę ostrzegam, że słuchasz na własną odpowiedzialność. I na pewno zrozumiesz, o co mi chodzi, kiedy spróbujesz chociażby posłuchać utworu When You Die. Sam tytuł brzmi co najmniej groźnie, a piosenka? Zupełnie inaczej — właśnie to jest w tym najlepsze.

#07 Pola Rise Anywhere But Here

tydzien-plyty-pola-rise-anywhere-but-here_articleByłam w naprawdę ciężkim szoku, kiedy odkryłam, że Anywhere But Here jest tak naprawdę debiutanckim albumem studyjnym polskiej piosenkarki Pauliny Miłosz, która na scenie występuje pod pseudonimem Pola Rise. Album ukazał się w styczniu tego roku nakładem wytwórni muzycznej Warner Music Poland. Co ciekawe, materiał powstawał w różnych miastach, takich jak Nowy Jork, Londyn, Kopenhaga, Berlin, Dublin, Turyn, Seul, Reykjavik i Oslo, co jest niewątpliwie godnym podziwu wynikiem, skoro artystka zwiedziła tyle krajów, by nagrać debiut. Dwanaście utworów z gatunku muzyki elektronicznej dostarcza dużo przyjemności, dobrze komponując się z delikatnym głosem piosenkarki. Album zdecydowanie warty przesłuchania.

#06 Len Sander The Future Of Lovers

cover_thefutureoflovers_2400x2400Len Sander to stosunkowo młody zespół pochodzący ze Szwajcarii. Z jednej strony przypomina trochę elektroniczny pop oraz mieszankę dziwacznych, niepewnych, jakby otumanionych dźwięków pokroju zespołów takich jak Lamb, GOSTO czy Portico. Z drugiej zaś łączy w sobie sporo klasycznych elementów trip hopu (który, poza dubowymi rytmami, charakteryzuje się również ciężką lub smutną atmosferą), przywołując na myśl Massive Attack czy Portishead. Len Sander zadebiutowali albumem Phantom Garden, po czym zajęli się doskonaleniem swojego warsztatu, znikając praktycznie ze sceny na trzy lata, by wrócić z porządnym przytupem w postaci The Future Of Lovers“Moving Into Love” jest moim zdaniem najlepszym utworem, co nie zmienia faktu, że cały album jest oryginalny i zbyt krótki. Stanowczo zbyt krótki.

#05 Parov Stelar The Burning Spider

r-10186091-1493053779-7419-jpegWłaściwie to Marcus Füreder, czyli austriacki DJ, producent muzyki z gatunku electro swingu, nu jazzu (czyli, w prostym języku, połączenie jazzu z muzyką elektroniczną), downtempo oraz lounge (tak, jak z angielskiego — muzyka kojarzona z tą, którą gra się w holach, barach czy hotelowych kasynach). The Burning Spider to dwunasty album studyjny artysty, wydany pod pseudonimem Parov Stelar. Pod innymi pseudonimami, takimi jak po prostu Marcus Füreder czy Cash Candy oraz Plasma, wydawał jedynie sporą część swoich minialbumów. The Burning Spider to również czterdzieści minut dobrze spędzonego czasu (serio, jak inaczej można to nazwać, kiedy słucha się dobrej muzyki?), przyjemnych bitów i wpadających w ucho refrenów. Pewnie nikogo nie zdziwi fakt, że moją ulubioną piosenką z tego albumu jest bez dwóch zdań „Black Coffee”.

#04 Nicolas Jaar Pomegranates

3614592170736_t27576301040054Nicolas Jaar to muzyk pochodzenia amerykańsko—chilijskiego, w którego muzyce zakochałam się po odsłuchaniu tylko jednej piosenki z albumu Space Is Only Noise pod tytułem “Keep Me There”. A potem to już wiadomo, co się stało — przesłuchałam całą resztę dyskografii tego pana, zachwycając się absolutnie każdym utworem. Pomegranates to całkiem spory album, bo składa się aż z dwudziestu utworów, które łącznie trwają dokładnie godzinę i piętnaście minut. I naprawdę, mogłyby trwać o wiele więcej, a ja prawdopodobnie nawet bym tego nie zauważyła. Muzyka Nicolasa to głównie muzyka elektroniczna w rodzaju house oraz deep house. Czyli trochę takie do tańczenia, ale trochę nie. W sumie to nie wiadomo. Ale jest zajebiste, to wiadomo na pewno. I warte tej godziny z hakiem. Naprawdę.

#03 Joy Division Unknown Pleasures

joy-division-unknown-pleasures-duvet-coversJa wiem, że to album stosunkowo stary, bo z 1979 roku, ale to na pewno nie jest najstarszy album, jaki się pojawi w tekstach z tej serii. Joy Division, czyli kultowy zespół rockowy założony dokładnie trzy lata przed premierą Unknown Pleasures pochodzący z Wielkiej Brytanii, to przez wielu uwielbiana, budząca równie sporą ilość kontrowersji, grupa czterech muzyków, która przestała istnieć cztery lata po powstaniu z powodu śmierci głównego wokalisty, Iana Curtisa. Unknown Pleasures to właściwie nie album — to historia. Smutna historia, która wprowadza słuchacza w bardzo specyficzny rodzaj transu, kiedy dźwięki zlewają się ze sobą, utwory płynnie przechodzą w następne, a cały album jakby sam się nagle postanowił zapętlić, zatrzymując przy okazji czas i wszystko dookoła. Coś niesamowitego. Miałam ogromny problem z umieszczeniem go na tej liście, bo mam wrażenie, że czegoś takiego nie powinno się szufladkować i stawiać na jakiekolwiek podium. To jest arcydzieło, które nie ma konkurencji — ma za to całą masę emocji i słów kryjących drugie dno. Jeżeli nie słuchałeś, to przerwij czytanie tego tekstu i po prostu idź posłuchaj. Mówię poważnie.

#02 Nils Frahm All Melody

coverMuzyk, kompozytor oraz producent muzyczny pochodzenia niemieckiego, znany z umiejętnego mieszania dwóch zupełnie odmiennych gatunków muzyki: klasyki oraz muzyki elektronicznej. Jego niekonwencjonalne podejście do gry na pianinie, które łączy z instrumentami perkusyjnymi, też jest bardzo charakterystycznym elementem. All Melody to najnowszy album studyjny, dziewiąty na liście i absolutnie genialny. Osobiście, ze wszystkich dwunastu utworów, najbardziej urzekł mnie “Sunson”, który wprawdzie trwa ponad dziewięć minut, ale uwierz mi, że nawet tego nie zauważysz. Sama często go zapętlam. Bo jest genialny. Jak cały album. Tyle powiem, więcej nie potrafię — chyba nadal nie mogę wyjść z podziwu. Idź słuchać, nie marudź.

#01 Son Lux Brighter Wounds

a3837558328_10Wbrew wszelkim pozorom najbardziej wyczekiwany przeze mnie album w ostatnich paru miesiącach. Kiedy pojawił się na Spotify kilka minut po północy, wykonałam najszybsze w swoim życiu kliknięcie, po czym ułożyłam się wygodnie na krześle, nakryłam kapturem, chwyciłam kubek z herbatą i zamknęłam oczy, w pełni gotowa oddać się muzyce. Wniosek był jeden — za mało. Więcej. Chcę więcej. A Son Lux to pierdoleni geniusze muzyczni. Oryginalni do bólu, ze swoim stylem, wywołują u mnie taki zachwyt, że aż boli. I może trochę przesadzam, ale wiesz, jak to czasami jest z tymi twórcami, których szczególnie lubisz… Wszystko, co wypuszczają na światło dzienne i z dumą pokazują światu niczym Rafiki pokazywał światu Simbę, jest niepodważalnie świetne, niezdolne do bycia jakkolwiek krytykowanym i tak dalej… Życie. Ja się zachwycam i zachwycać będę się jeszcze długo. Wszystkim, co wyjdzie spod ręki tego zespołu. Proste.
facebook-512
Dobrze jest być z powrotem w swoim mentalnym domu, gdzie faktycznie mogę się nazwać twórcą, bo coś tworzę i publikuję teksty. Wiesz, koniec sesji i takie tam. Standardowo — playlista na moim profilu Spotify już grzecznie na Ciebie czeka. Miłego słuchania.
Do następnego,
2560x1440-white-solid-color-background

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s