A miałam nie dotrwać

Dwanaście miesięcy. Pięćdziesiąt dwa tygodnie. Trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Ponad 8 500 godzin. 525601 minut.

25 marca minął dokładnie rok, odkąd zdecydowałam się dokonać w swojej życiu najprawdopodobniej najważniejszego i najlepszego wyboru — zostać w cieniu, czy może jednak z niego w końcu wyjść. Najlepszego, bo wybrałam to drugie.

Nie żałuję ani jednego artykułu. Ani jednego słowa. Ani jednej decyzji podjętej pod wpływem emocji lub zwykłego impulsu. Nie żałuję absolutnie niczego. Mimo że było ciężko. Bywało tak ciężko, że chciałam się wycofać. Niezliczoną ilość razy. Były kryzysy gorsze i cięższe, były też kryzysy lżejsze, które później wydawały się wręcz śmieszne. Była nadzieja, choć wiele razy jej brakło. Była pchająca mnie w kierunku celu motywacja, ale były też momenty, w których najchętniej cofnęłabym się do samego początku, by zostać w swojej strefie komfortu. Było zmęczenie. Miałam dość i jednocześnie chciałam więcej. Miałam obawy i jednocześnie byłam pewna, że to jest właśnie to, co mam robić. Co chcę robić. Kończyła mi się cierpliwość, choć wiedziałam, że minie sporo czasu, zanim cokolwiek zacznie wychodzić na prostą. Minie na pewno znacznie więcej, niż jakieś marne dwanaście miesięcy. Była więc świadomość – tego, że to niemiłosiernie długa droga, pełna przeszkód i pułapek.

Ale ponad wszystko, była pasja.

Pasja, która jest nadal. Pasja, która będzie jeszcze przez długi czas.

I pomyśleć, że to dopiero początek. A ja mam cichą nadzieję, że nie ma końca.

Stworzenie bloga dało mi wiele do myślenia. Każdy artykuł z osobna dał mi jeszcze więcej. Zaczęłam patrzeć na świat z innej perspektywy. Zaczęłam poznawać siebie. Odnalazłam zagubione gdzieś wcześniej całkiem spore pokłady odwagi, co pozwoliło mi na opublikowanie prawdopodobnie najbardziej kontrowersyjnego tekstu, jaki kiedykolwiek napisałam. Zaczęłam się też uczyć prawdopodobnie najtrudniejszej sztuki świata — dyscypliny. Zrozumiałam, że istnienie blokady twórczej jest całkowicie subiektywne. Że wszystko zależy od tego, czy faktycznie usiądę do pisania, czy stwierdzę, że wypadałoby po raz pierwszy od sześciu miesięcy odkurzyć pokój. Zrozumiałam, że bycie konsekwentnym boli niemiłosiernie, ale prowadzi do cudownych rezultatów. I żeby nie było — wiele razy poległam. Wystarczy spojrzeć na archiwum tekstów.

We wrześniu ubiegłego roku skrzydła podcięła mi strata bliskiej osoby. W październiku zaczęłam studia i nie przewidziałam, że mój czas wolny ulegnie autodestrukcji. A kiedy w styczniu, naładowana pozytywną energią, zainspirowana swoimi noworocznymi postanowieniami, myślałam, że wszystko wraca do normy, okazało się, że jest dokładnie odwrotnie. Z jakiegoś powodu — do dzisiaj go nie poznałam.

Zwątpiłam we wszystko, w co tylko mogłam zwątpić, zgubiłam motywację do pisania, aż wreszcie zrezygnowałam nawet z update’owania jakichkolwiek social mediów, co zakończyło się jednym marnym tekstem w drugim marcu mojej blogowej kariery.

Jestem więc tutaj. Stukam zaciekle w klawiaturę, by rozpocząć kolejny miesiąc od tego właśnie tekstu. Z nowymi pokładami motywacji, z nowymi postanowieniami. I wiem, tak dobrze wiem, że będzie tylko trudniej.

Wiesz, blogowanie jest trochę jak terapia. Z założenia ma pomagać, ale nie zawsze to robi — zdarza się, że denerwuję się do granic możliwości bardzo trywialnymi rzeczami, jak kończąca się kawa w połowie pisania jakiegoś tekstu, albo brak internetu akurat wtedy, kiedy chcę sprawdzić coś na WordPressie. Nie mam pojęcia, dlaczego tak się dzieje.

Z drugiej strony, znacznie częściej zdarza się, że siadam do pisania z okropnym nastrojem, a pół godziny później wstaję po drugą kawę i uśmiecham się od ucha do ucha, bo życie jest piękne. Bo ktoś polubił post na Facebookowym fanpage’u. Bo ktoś zaobserwował na Instagramie i sypnął garścią miłości. Bo ktoś zostawił komentarz pod najnowszym tekstem. Bo ktoś naprawdę poświęcił parę minut, żeby podzielić się ze mną swoją myślą. Z tym zagubionym człowiekiem, początkującym blogerem, który tak desperacko szuka swojego miejsca w internecie.

I który najmocniej na świecie wierzy w to, że pewnego dnia to miejsce znajdzie.

Miałam nie dotrwać, ale jednak dotrwałam. Miałam się poddać, a ja, niczym Steve Rogers, który jeszcze nie wiedział, że będzie superbohaterem, wstawałam po każdym ciosie w twarz i nadstawiałam drugi policzek.

Bo być może ja też jeszcze nie wiem, że będę kimś wielkim.

Co nie zmienia faktu, że mam nadzieję, iż kimś wielkim zostanę. No dobra, może nie “wielkim:. Wystarczałaby mi po prostu świadomość, że dałam swoim czytelnikom motywację do działania. Że poprawiłam im humor. Albo że w ogóle mogę ich nazwać swoimi czytelnikami.

Do tego właśnie dążę. I choć po drodze bardzo często nie wychodzi, będę dążyć dalej.

M.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s