#MuzykaMiesiąca: maj 2018

Wreszcie. Nie będę się znów produkować na temat tego, jak bardzo spieprzyłam sprawę, nie publikując nawet jednego tekstu w czerwcu. Sesja mnie dobiła, pozostawiając mnie na wakacje z jedną poprawką. Co nie zmienia faktu, że po godzinach klęczę na grochu, przysięgam! A jako pokutę publikuję dzisiaj nową #MuzykęMiesiąca, która pełna jest świeżutkich bułeczek, które faktycznie wyszły z pieca w maju, a nie dwadzieścia lat temu, jak to miały w zwyczaju robić w poprzednich tekstach tej serii. Więc dzisiaj jest bardzo aktualnie (pomijam fakt, że mamy lipiec, a nie początek czerwca, bo to właśnie wtedy miał się ten artykuł w internecie pojawić, szczegóły..) i bardzo przyjemnie.

Także tego. Witam z powrotem.


#10 Shawn Mendes Shawn Mendes

500x500Zaczęło się od utworu Stitches, a skończyło na Treat You Better, które aktualnie ma prawie osiemset milionów odsłuchań na Spotify. Czy muszę wspominać, że Shawn Mendes urodził się w tym samym roku, co ja? I też zaczął od zera, bo od publikacji coverów na pradawnym serwisie społecznościowym Vine, który umarł. Chłopak ma na swoim koncie trzy albumy studyjne, z czego ostatni z nich, zatytułowany jego imieniem i nazwiskiem, wyszedł w maju tego roku i, jak można było się tego spodziewać, wzbudził spore zainteresowanie. Co ważniejsze, otrzymał sporo pozytywnych recenzji, zarówno od amatorskich słuchaczy, jak i od doświadczonych krytyków. No i praktycznie wszyscy, cały świat, jak jeden mąż zgodził się co do tego, że utwór In My Blood jest z całego albumu najlepszym utworem. Nie zmienia to jednak faktu, że reszta utworów razem z In My Blood w całości tworzą dobrą, przyjemną do posłuchania produkcję, przy której można się zrelaksować. Ja, osobiście, bardzo lubię jeszcze piosenkę Nervous ze względu na basy (bo o co innego mogłoby w moim przypadku chodzić).

#09 A$AP Rocky TESTING

32638569_379381482561318_1827180285737828352_nTrzeci album studyjny amerykańskiego rapera Rakima Mayersa, znanego bardziej jako A$AP Rocky, otrzymał nazwę TESTING i powstał właśnie w ten sposób — Rocky zdecydował się na przetestowanie nowych brzmień, co przyznał w wywiadzie dla GQ. Kiedy włączyłam ten album po raz pierwszy, myślałam, że nie wytrzymam, bo pierwszy utwór zaczyna się od bardzo męczących dźwięków, ale, na całe szczęście, nie trwają one zbyt długo. Później jest znacznie lepiej. Zresztą, nie bez powodu album przyjął się dość dobrze, otrzymując sporo pozytywnych recenzji. Wszystko głównie dlatego, że rzeczywiście jest to coś innego, niż to, co zazwyczaj słyszymy w świecie mainstreamowego rapu. A$AP Rocky bez dwóch zdań zrobił ryzykowny krok, który na końcu bardzo mu się opłacił. Do tego wszystkiego w utworach pojawiają się tacy artyści, jak Skepta czy Kodak Black. No i lubiana przeze mnie FKA Twigs. Na samym końcu jest nawet wisienka na torcie, czyli Frank Ocean w utworze Purity, który jest tak przyjemnie spokojny, że nie da się go choć trochę nie polubić.

#08 Parquet Courts Wide Awake!

parquet_courts_wide_awakeNa Parquet Courts wpadłam przypadkiem i muszę przyznać, że (choć nie spodziewałam się tego po post—punkowo brzmiącym zespole) zainteresowali mnie na tyle, abym w całości przesłuchała ich najnowszy album, a na końcu jeszcze stwierdziła, że nadaje się do tego rankingu. Wide Awake! to ich szósty album studyjny, który na Metacritic otrzymał więcej punktów, niż TESTING A$AP Rocky’ego. I chyba wcale mnie to nie dziwi, chociaż wiadomo, że nie można tych dwóch albumów za bardzo do siebie porównywać, kiedy są z zupełnie innych gatunków. Wracając — próbuję powiedzieć, że Wide Awake! to naprawdę dobry album, którego pierwsze przesłuchanie zapewniło mi niemałą przyjemność. I choć jest to głównie rock, jeden z muzyków, Andrew Savage (który wygrał życie nazwiskiem), sam przyznał, że istnieje tutaj sporo funkowej inspiracji, co faktycznie słychać. Poza tym, są w tym albumie momenty, kiedy cała czwórka członków śpiewa naraz, co Andrew przyrównał do brzmienia hardcorowego. A który z utworów jest moim faworytem? Niestety, lub też nie, ten, który ma najdłuższy tytuł — Almost Had to Start a Fight/In and Out of Patience. Takie życie.

#07 Charlie Puth Voicenotes

charlie-puth-releases-the-way-i-am-unveils-new-voicenotes-album-artwork-01Charlie Puth był jednym z tych muzycznych fenomenów, które wydawały mi się krótkotrwałe i tylko czekałam, aż rynek muzyczny o nim zapomni. Było We Don’t Talk Anymore, potem pojawiło się Attention oraz How Long, a w międzyczasie był nawet album, którego nigdy nie przesłuchałam. No i w maju wyszedł drugi, a ja zrozumiałam, że wyraźnie tego gościa nie doceniłam. Słuchając Voicenotes, czekałam na coś, co zdobędzie moje serce już w pierwszych sekundach i rzeczywiście się doczekałam, bo to właśnie zrobił trzeci utwór z albumu o tytule LA Girls. Refren jest dla mnie trochę jak taki niemożliwie dobry drink, którego specjalnie sączy się nieskończenie długo, żeby tylko nie zniknął. Chyba sam fakt, w jaki sposób opisuję ten utwór, świadczy o tym, jak bardzo go lubię. A jakby tego było mało, nie należy zapominać o tym, że Charlie Puth posiada naprawdę przyjemny głos. I choć ja naprawdę zdaję sobie sprawę z tego, że ta muzyka nie jest genialna ani wyjątkowa, tak uważam, że, poza byciem zwyczajnie dobrą, niesamowicie łatwo wpada człowiekowi w ucho.

#06 Playboi Carti Die Lit

die-litJedyne, co wiedziałam o tym raperze do maja tego roku, to to, że istnieje. Nie wiem też, co mnie tknęło, aby posłuchać trochę jego muzyki. Muszę jednak przyznać, że Die Lit to album, który wydaje się być idealnym albumem do biegania. I zdaję sobie sprawę z tego, że to niewiele mówi, dlatego dopowiem również od razu — to znaczy tyle, że Die Lit jest dobrym albumem. Znaczy, przynajmniej takim, którego mi się bardzo dobrze słuchało (warto zaznaczyć, iż przesłuchałam całość za jednym podejściem, a album składa się aż z dziewiętnastu utworów, co nie jest małą liczbą, jak na LP). Dużo dobrych brzmień, jeszcze lepsze basy, wpadające w ucho fragmenty oraz zabawa aparatem mowy (wiesz, wszystkie te “PŚŚŚ” i tak dalej) to elementy, które razem tworzą dobrze “wchodzącą” produkcję. No, rozumiecie, że dobrze wchodzi, co nie.

#05 Shinedown ATTENTION ATTENTION

6228710_saSzósty album studencki amerykańskiego rock bandu Shinedown to kawał dobrej roboty. A z racji tego, że ostatnimi czasy o dziwo bardziej lubię znacznie cięższe brzmienia, ATTENTION ATTENTION szczególnie mi się spodobał z kilku głównych powodów. Po pierwsze, głos głównego wokalisty — mocno ochrypnięty, pociągający i najzwyczajniej w świecie dobry. Po drugie, jest to album koncepcyjny. A znaczy to tyle, że wszystkie utwory tworzą spójną całość zarówno pod względem treści, jak i samego brzmienia, opowiadając konkretną historię. W tym przypadku jest opowieść o walce z negatywnością, którą człowiek spotyka na swojej drodze, gdy decyduje się zacząć wszystko od nowa. Shinedown to było coś, czego ostatnio zaczynało mi w muzyce brakować — dlatego tak bardzo się cieszę, że na nich wpadłam. Oraz że byłam w stanie polecić ten album tutaj.

#04 Arctic Monkeys Tranquility Base Hotel & Casino

tranquility-base-hotel-casino-w-iext52827344Album, na który wszyscy czekali całe pięć lat. Album, którym (prawie) wszyscy się zawiedli. I jednocześnie album, który bardzo przypadł mi do gustu. Być może się nie znam. Wiem, że to bardzo ryzykowne odejście Arctic Monkeys od tego, co dotychczas tworzyli, że to coś innego, coś, co nie do końca do nich pasuje, bo Alex Turner zdecydował się iść głównie w stronę swoich upodobań, co do brzmień, ale.. Cholera, no. Dobrze mi się tego słucha. Naprawdę dobrze. Owszem, jest to zboczenie z głównej drogi i mocny skręt w stronę popu, ale, jak dla mnie, to i tak nadal brzmi mocno jak zespół Arctic Monkeys, który znamy. Który kochamy całym sercem. Który wskazujemy palcem, mówiąc, że “to Ci, co tak fajnie grają”. Ale to tylko moje zdanie. Dla Ciebie ten album może być kompletnym niewypałem. Mów, co chcesz, ale jedno jest dla mnie pewne — Star Treatment to utwór, przy którym każdy odpłynie. Chociaż trochę.

#03 Leon Bridges Good Thing

leon_5Kocham taką muzykę. Uwielbiam soulowe brzmienia, uwielbiam delikatny, subtelny R&B, uwielbiam bluesowe smaczki. A Leon Bridges jest tym wszystkim w jednym i to naprawdę jest fantastyczna sprawa. Good Thing jest jego drugim albumem, równie przyjemnym, co pierwszy. Zakochałam się od pierwszego utworu, zarówno w muzyce Leona, jak i w jego głosie. Co dziwne, to jest głos typowo gospelowy, taki wiesz, idealny do jakiegoś chóru, ale jasna cholera, jak tego się przyjemnie słucha! Pewnie dlatego dziesięć utworów to dla mnie stanowczo za mało — w końcu to tylko raptem trzydzieści minut. Pół godziny, które niesamowicie mocno kojarzy mi się z dryfowaniem po wodzie w pełnym słońcu. Albo z rytmicznym kołysaniem się do rytmu i popijaniem ulubionej herbaty. Good Thing to zdecydowanie dobra rzecz.

#02 Inner Tongue Favours

favours-coverInner Tongue to bardzo specyficzne połączenie Jamesa Blake’a z czymś pokroju SOHN’a. To muzyka dla marzycieli. To delikatne brzmienia, którym towarzyszy melancholijny głos. To również ciekawe podejście do łączenia elektroniki z indie—popem. Favours jest debiutanckim albumem studyjnym tego zespołu i muszę przyznać, że zapowiada mu całkiem świetlaną przyszłość. Wszystkie utwory zdają się ze sobą jakoś magicznie łączyć, tworząc bardzo długą balladę, której koniec i tak jest ostatnią rzeczą, o jakiej marzy słuchacz (czytaj: ja). Zresztą, wszyscy wiemy, że nie wystarczy, kiedy ja o tym napiszę. Tego trzeba posłuchać.

#01 Beach House 7

a2791467180_107, jak sama nazwa podpowiada (choć tak naprawdę nie o to w niej chodzi, bo sam zespół przyznał, że tytuł ma do czynienia z numerologią), to siódmy album studyjny amerykańskiego zespołu Beach House. Połączenie dream popu z psychodelią. Melancholia, ciche falsety, powtarzalne dźwięki — wszystko to daje nam coś, przy czym można usiąść, zamknąć oczy i myślami dać się zabrać gdzieś daleko. Historia o walce z ciemnością, o empatii oraz miłość. O momencie, w którym człowiek akceptuje swoje położenie, zamiast się z tym spierać. Trochę o bezsilności. Zresztą, ta muzyka brzmi trochę.. bezsilnie. Pewnie dlatego jest tak ładna. Z jednej strony wydaje się być dość prosta, z drugiej zmusza do myślenia. Z jednej strony uspokaja, wywołując pozytywne emocje, a z drugiej przyprawia o smutek. Niby pełno przeciwności, a album brzmi dziwnie spójnie. No i jest po prostu świetny. Dlatego dopiero teraz o nim piszę.


Tym razem, jak już zostało to powiedziane na początku, masz do czynienia wyłącznie z albumami, które faktycznie zostały wydane w maju tego roku. Nie powiem, że ten miesiąc nie był ciekawy pod względem muzycznym, bo przyniósł mi całkiem dużo wrażeń. Wprawdzie czerwiec w tej kwestii był bezkonkurencyjny, ale muzykę z czerwca dostaniesz dopiero za parę dni. Nadrabiam zaległości. Na Spotify też już jest playlista. A ja obiecuję poprawę raz jeszcze i dziękuję, że dotarłeś aż tutaj. Miłego słuchania!

Do następnego,

M.

Jedna myśl na temat “#MuzykaMiesiąca: maj 2018

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s