#MuzykaMiesiąca: czerwiec 2018

Czerwiec pod względem muzycznym był jednym z ciekawszych miesięcy tego roku. No, przynajmniej jak na razie. Chciałam nawet zrobić coś zupełnie innego i dodać parę albumów do listy, robiąc z tego znacznie dłuższy materiał, ale ostatecznie wpadłam na jeszcze inny pomysł — o którym dowiesz się.. Powiedzmy, że niedługo. Teraz pozwól, że przejdę do sedna.


#10 Drake Scorpion

https3a2f2fimages-genius-com2f5c677b7bfc2f696abf2e2d928301bb44-1000x1000x1Szczerze? Do dnia, w którym wyszedł Scorpion, nie miałam w ogóle pojęcia, że ma wyjść jakiś nowy album Drake’a. Potem już nie dało się tego nie zauważyć, bo Spotify dosłownie zasypało swoich użytkowników tą produkcją, najwyraźniej uznając ją za wartą świeczki. Ja natomiast.. No, nie powiem, że ten album to totalne gówno czy coś w tym stylu, ale na pewno nie uważam, że zasługuje na tak ogromne zainteresowanie. Słucha się go dobrze, tutaj akurat zaprzeczyć nie mogę. Ale wszyscy wiemy, że mógłby postarać się znacznie (serio znacznie) bardziej. Zwłaszcza, że Scorpion to tak naprawdę nic nowego. Wszystko brzmi tak samo, a Drake sprawia wrażenie gościa, który próbuje w każdy możliwy sposób przypodobać się każdemu możliwemu słuchaczowi, przez co otrzymaliśmy półtorej godziny rapowania o.. Drake’u. Że to niby wiesz, jego osobista odpowiedź na całą nienawiść skierowaną w jego stronę. Że życie jest ciężkie, że Drake jest smutny, walczy z codziennością i do tego wszystkiego jest sam. Ale i tak jest zajebisty. Jakby tego było mało, na sam koniec albumu przyznaje się, że w sumie to owszem, ma syna z gwiazdą porno Sophie Brussaux i w utworze March 14, rozwodzi się nad tym, jak to siebie zawiódł, jest sobą rozczarowany i generalnie nie chce być samotnym ojcem. Krytycy twierdzą jednak, że ojcostwo niczego w tym przypadku nie zmienia, a Drake wcale przez to nie dojrzał. Gdzie więc plusy? Ano na przykład w jakości tego albumu. Scorpion to bardzo dobrze wykonana robota zarówno samego artysty, jak i wszystkich ludzi ze studia. Wszystko brzmi niezwykle spójnie (choć w niektórych momentach to faktycznie może się stawać nudne i monotonne), starannie, delikatnie. Dla mnie? Dla mnie to jest po prostu muzyka do posłuchania. Nic więcej.

#09 Jay Rock Redemption

jayrock-1526938322-640x640-1528996758-640x640Trzeci album studyjny amerykańskiego rapera Jay Rock’a, który na Metacritic (i w sumie wszędzie indziej jak na razie) sprawuje się znacznie lepiej, niż Scorpion Drake’a. Ja się nie dziwię. Mnie też się bardziej podoba. A dlaczego? Szczerze mówiąc, chyba nie potrafię jakoś profesjonalnie tego wytłumaczyć, używając przy tym muzycznych definicji czy czegoś podobnego. Mówię to jako zwykły człowiek i jeszcze zwyklejszy słuchacz, szukający po prostu dobrej muzyki do swoich równie zwykłych playlist. Nic nadzwyczajnego, serio. Jay Rock to kolejny raper, który dla mnie —czyli dla kogoś, kto na rapie kompletnie się nie zna— gdzieś tam sobie jest, istnieje i robi muzykę. Na tyle umiejętnie, że postanowiłam jego album wybrać do tej listy. Proste, prawda? Na pewno prostsze, niż to było w przypadku Drake’a, o którym jednak trochę wiem (no, przynajmniej kojarzę fakty). Redemption to czterdzieści (i) cztery minuty przyjemnego trapo-hip-hopo-rapu, który sprawdza się tak samo dobrze przy bieganiu, jak i przy pisaniu czy sprzątaniu w szafie. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie zaznaczyła, że jest to również ciekawie opowiedziana historia (ważne – znacznie mniej narcystyczna, niż w przypadku pana powyżej) o tym, jak człowiek się zmienia, wbrew wszelkim pozorom i próbom pozostania w swojej strefie komfortu, jak dojrzewa do pewnych rzeczy i przechodzi różne próby, które czasem nawet udaje mu się łatwo przetrwać, a innym razem równie dobrze można jebnąć głową o ścianę i efekt będzie dokładnie taki sam. Czyli ból. Podstawowy składnik ludzkiego życia. Okej, to zabrzmiało bardzo poważnie. Trochę mrocznie. Nie tak miało być. To może ja już przejdę dalej.

#08 Florence + The Machine High as Hope

2bb1ea4690f8c5fdeb449a80477b0927-1000x1000x1Florence nadal jest dla mnie zagadką. Niby nigdy mi jakoś specjalnie nie przypadła do gustu, a jednak za każdym razem, gdy przyjdzie mi jej posłuchać, to nie posiadam się z podziwu dla oryginalności zarówno jej głosu, jak i stylu. Łatwo się więc domyślić, że o nowym albumie nie miałam pojęcia i trafiłam na niego tylko dzięki zakładce New Releases w Spotify. High as Hope to czwarty album studyjny artystki, który, jak na razie, zdaje się odnosić całkiem spory sukces. Metacritic dało mu mocne 75 na 100, a ja musiałabym być chyba naprawdę głucha, żeby się z taką punktacją nie zgodzić. Jasne, Florence to specyficzna muzyka. Indie rock to specyficzna muzyka. Zwłaszcza, że w tym przypadku indie rock jest jeszcze mocno wymieszany z indie popem (który w sumie jest gatunkiem jeszcze bardziej specyficznym) oraz elementami folk. Nic jednak nie zmienia faktu, że ten przypadek to dobra, przyjemnie brzmiąca i stawiająca całkiem wysoko poprzeczkę artystka. High as Hope to regularne spadki i wzrosty energii, które w dziwny sposób powodują obecność harmonii w całej produkcji. High as Hope to taka jakby łagodna odmiana choroby dwubiegunowej. Znaczy się, nie biorąc pod uwagę żadnych negatywów. Taka pozytywna odmiana choroby dwubiegunowej. Wiesz, trochę w stylu catharsis. Czy ja w ogóle jeszcze brzmię sensownie? Pewnie nie, ale musisz zrozumieć, o co mi chodzi. To jest ważne, naprawdę. Jasne, najłatwiej będzie, jak pójdziesz teraz tego albumu posłuchać, ale jestem prawie pewna, że tego nie zrobisz, tylko przeczytasz do końca tekst. Bo przecież tak dobrze się go czyta. Boże, znowu pierdolę. Mam dobry humor. Wybacz.

#07 Gorillaz The Now Now

Gorillaz — The Now NowAch, Gorillaz. Zespół, który wszyscy kochają za genialną muzykę i nienawidzą za sześcioletnią przerwę w tworzeniu jej. Ci sami Gorillaz, którzy niedawno zagrali w Gdyni. Gorillaz, których wszyscy dobrze znamy i mimo wszystko mocno szanujemy, bo, cholera jasna, to jest naprawdę dobra grupa muzyczna. Powstała w 1998 roku w Anglii, a słynie ze znanego całemu światu utworu Feel Good Inc. Ich muzyka to połączenie hip-hopu, rocka i alternatywnego popu. Wszystko zaczęło się jednak od pierwszego singla zespołu o nazwie Clint Eastwood, który podbił serca wielu słuchaczy. Potem Gorillaz już tylko pięło się w górę. The Now Now to ich szósty album studyjny, wydany jedynie rok po poprzednim, czyli Humanz. I to przed Humanz była ta słynna, przeklinana przez wielu przerwa Gorillaz od muzyki, która trwała.. No, coś koło sześciu lat, czyli na pewno zbyt długo. Po tych sześciu latach album Humanz został zapowiedziany na Instagramie zespołu, co wywołało falę zarówno krytyki, jak i bardzo pozytywnego feedbacku. The Now Now natomiast przyjął się w większości przypadkach lepiej, niż gorzej. Jest specyficzny, owszem, tyle że to jedna z tych ważniejszych cech charakteryzujących Gorillaz. Jeśli chodzi o mnie, album mi się naprawdę podoba. Przyjemnie się go słucha i, choć jest odrobinę monotonny, to nadal stanowi zbiór utworów, które mają fajne basy, dobry beat i sensowne słowa. Jest dobrze. Idzie się przy nim nawet skupić! (Testowałam i polecam. A mówię całkowicie poważnie.) Moim faworytem jest bez wątpienia utwór Sorcererz, który momentami może się wydawać w pewnym sensie ciężki, ale.. Ale jest moim faworytem. Bo jest super. Bo tak.

#06 Kanye West ye

kanye-westNadal nie mam zielonego pojęcia, co sądzić o tym albumie. Z tego wszystkiego zdecydowałam się nawet o nim poczytać i przez to tylko mam jeszcze więcej pytań. Nigdy nie słuchałam nałogowo Kanye’go, nigdy nie interesowałam się jego życiem prywatnym, a jego egzystencja generalnie ani mi nie przeszkadzała, ani za bardzo mnie nie ruszała. Uważałam, że to po prostu jeden z popularniejszych raperów, że to całkiem dobry muzyk, który ma spore doświadczenie i dar do przyciągania nowych słuchaczy. Tyle że mnie nigdy do siebie nie przyciągnął — no, aż do momentu, w którym wydał ye. Album, który rozpoczyna się utworem tak bardzo dziwnym i specyficznym, że po prostu musiałam słuchać dalej. No i przesłuchałam do końca. Zrozumiałam tyle, że Kanye cierpi na chorobę dwubiegunową, że nie jest z nim najlepiej, a bywało znacznie gorzej.. Chyba wszystko. A może więcej. Nie wiem, serio. Mogę za to powiedzieć, że jest to produkcja stosunkowo krótka, bo trwa niecałe 25 minut. To tylko siedem utworów. To praktycznie nic, a jednak wciąż za wiele. Zdaję sobie sprawę z tego, że brzmię mocno filozoficznie, ale taka prawda. Zresztą, tak samo mocno filozoficznie brzmi ten album. Może nawet jeszcze bardziej. Pewna jestem jednej rzeczy — nawet, jeśli nie przepadasz za tym raperem, albo po prostu nigdy go nie słuchałeś, warto dać mu teraz szansę. Warto dać szansę tej produkcji przede wszystkim. Bo to ciekawa, specyficzna historia, która daje sporo do myślenia. Bo to nie jest ten rap, który leci w radio, gdzie koleś pierdoli o sushi (które jest metaforą seksu) w Japonii przez całą piosenkę. Przepraszam, musiałam.

#05 Nine Inch Nails Bad Witch

Nine Inch Nails — Bad WitchBad Witch to trwający dokładnie 30 minut dziewiąty album studyjny amerykańskiego zespołu Nine Inch Nails, będąc jednocześnie ich najkrótszą produkcją. To również domknięcie trylogii wydań na przełomie 2016-2018 — poza Bad Witch, mieliśmy jeszcze Not The Actual Events z 2016 oraz Add Violence z 2017. Jednakże tylko Bad Witch z całej trójki jest pełnoprawnym albumem studyjnym. Co nie zmienia faktu, że jest tak samo krótki, składając się z sześciu utworów. Nine Inch Nails to dziwny zespół. Ich muzyka jest jeszcze dziwniejsza. A ja i tak mam ich płytę — The Downward Spiral z 1994 roku i muszę przyznać, że to właśnie przez nią kompletnie przepadłam, pozwalając Gwoździom zająć specjalne miejsce w moim serduszku. Takie życie. Nietrudno więc się domyślić, że ucieszyłam się niczym dzieciak, kiedy zobaczyłam na Spotify okładkę Bad Witch w zakładce nowych wydań. Muszę jednak zaznaczyć, że Nine Inch Nails to nie jest muzyka dla każdego. Ba, mało komu się spodoba, szczerze mówiąc. Jeśli jednak lubisz całkiem mocne brzmienia rockowe, czerpiące w głównej mierze z industrialu, to jesteś w dobrym miejscu. Sami artyści przyznali również, że w przypadku Bad Witch chodzi między innymi o alegorię jaskini Platońskiej, czyli przedstawienie ludzi uwięzionych i skrępowanych łańcuchami w jaskini (która jest światem doczesnym, miejscem, gdzie żyjemy), którzy widzą tylko cienie na jej ścianach (cienie stanowią odbicie prawdziwych idei). Łańcuchy to wszystkie rzeczy, jakie wiążą się ze światem doczesnym. Generalnie założenie tego albumu jest całkiem smutne, bo każda myśl sprowadza się do jednego, tego samego wniosku — wszystko, co nas otacza, jest jedynie materią. I nie ma w tym żadnego drugiego dna czy żadnych transcendentnych bytów, duchowości. Wiadomo, że nie musisz tak uważać. Sama podchodzę do tego dość sceptycznie, aczkolwiek uważam, że to ciekawy sposób myślenia. No i plusem jest jeszcze to, że taki rodzaj muzyki zwyczajnie mi się podoba. Rzecz gustu.

#04 Ben Howard Noonday Dream

Ben Howard — Noonday DreamBen Howard to fenomen. To człowiek, który jest piekielnie utalentowaną bestią o anielskim głosie. To artysta, który posiada ogromny potencjał. To emocjonalne historie opowiadane za pomocą kojącej, uzależniającej muzyki. To artysta-zagadka z głową pełną głębokich myśli, które przedstawia w swojej twórczości. Jego muzyka jest jak dryfowanie w kosmosie będącym metaforą ludzkiej ciekawości. Możesz mieć mnóstwo pytań, na które nigdy nie otrzymasz odpowiedzi. Może mieć mnóstwo pomysłów, ale jak nic z nimi nie zrobisz, to nie będą mieć absolutnie żadnej wartości. Możesz sobie dryfować w tym kosmosie do woli, ale jak chociaż nie spróbujesz jakoś wrócić na ziemię, to nic się nie zmieni. No i jeszcze to słynne pytanie Bena w trzecim utworze A Boat To an Island On the Wall„to care or not care?”, które mocno daje do myślenia. Noonday Dream to piękna opowieść o życiu: o schodach, które człowiek musi pokonać, o ciemności, z którą często musi się mierzyć i o nadziei, którą i tak zawsze gdzieś w głębi duszy się posiada. O tym, że to właśnie w ten sposób działamy, wiecznie zastanawiając się, czy warto się przejmować tym lub tamtym, czy lepiej jednak sobie odpuścić. Czy warto marzyć, czy może jednak lepiej być chłodnym realistą. A może warto być zarówno pierwszym, jak i drugim rodzajem człowieka? To też jest pytanie, na które nie ma odpowiedzi. Tak, jak większość pytań, które sobie zadajemy. Noonday Dream to jedno wielkie marzenie o wszystkim naraz — o miłości, samotności, spokoju, twardym gruncie i chmurach. To przeplatające się ze sobą przeciwieństwa, które nadają rzeczywistości sens. To.. O Boże, jak popłynęłam. Wybacz. Już nie będę. To po prostu bardzo ładna muzyka wzbudzająca stanowczo zbyt wiele emocji naraz.

#03 Panic! At The Disco Pray For The Wicked

Panic! At The Disco — Pray For The WickedMuzyka Panic! At The Disco już zawsze będzie mi się kojarzyć z dziecinną buźką młodego Brendona parę lat temu, który wówczas nie do końca wiedział, co tak właściwie robi. Teraz chyba też nie wie. Bo prawda jest taka, że ten zespół już dawno temu miał przestać istnieć. Tyle że tak się nigdy nie stało. Dlaczego? Ano, pewnie dlatego, że jego liderem (teraz również jedynym oficjalnym członkiem) jest najcharyzmatyczniejsza osoba, jaka chodzi po ziemi, która nie da sobie tak po prostu podciąć skrzydeł, czyli właśnie Brendon. Nic więc dziwnego, kiedy podekscytowałam się niczym małe dziecko na wieść o nadchodzącym nowym albumie. Wiedziałam, że Urie da radę. Wiedziałam, że sprosta wyzwaniu, że stworzy coś, czego będzie się przyjemnie słuchać i.. Rzeczywiście tak jest. No, przynajmniej dla mnie. Pray For The Wicked to szósty album studyjny zespołu, będący follow—up’em albumu Death Of a Bachelor. Pomiędzy tą dwójką Panic! At The Disco wypuściło jeszcze album All My Friends We’re Glorious będący dokumentacją trasy koncertowej Death Of a Bachelor. Wracając jednak do Pray For The Wicked, produkcja otrzymała głównie pozytywne recenzje, a na samym Metacritic przyznano jej 70/100. Jej ogłoszenie natomiast ukazało się w postaci listu Brendona na Facebooku, gdzie mówił, że “modli się zarówno za złych ludzi, którzy robią złe rzeczy, jak i za tych dobrych, którzy robią dobre rzeczy, za siebie, aby pozostać w tym wszystkim pozytywnym i otwartym na inność, za rzeczy, które dają mu radość oraz go inspirują, a przede wszystkim za fanów — o to, aby ten album im się spodobał”. Cóż, najwyraźniej się udało.

#02 The Carters EVERYTHING IS LOVE

The Carters — Everything Is LoveSzczerze mówiąc, to nie miałam najmniejszego pojęcia, że coś podobnego się świeci. Co prawda nie spadłam z krzesła, kiedy zobaczyłam, że Beyoncé i Jay—Z wydali wreszcie wspólny album pod nazwą The Carters, ale nie byłam za bardzo przekonana, że to będzie dobra produkcja. Nie wiem, co mi odpierdoliło, naprawdę. Album tak naprawdę już po pierwszym odsłuchaniu skradł mi serce. Jest przyjemny, niesamowicie spójny, a każdy utwór idealnie pasuje do poprzedniego i następnego. Beyoncé nie szczędzi nam swojego wspaniałego głosu, a Jay—Z zdecydowanie pokazuje, na co go stać. Przy tym wszystkim produkcja jest jednak dziwnie harmonijna, momentami jakby monotonna, by później znów zaskoczyć czymś pokroju utworu APESHIT. I to jest w tym wszystkim najlepsze. EVERYTHING IS LOVE to album, który jest zdecydowanie za krótki (trwa niecałe czterdzieści minut!) i właśnie dlatego jego nie da się posłuchać tylko raz. Mój profil na <Last.fm> (który, swoją drogą, możecie podejrzeć tutaj) przyznaje, że sama przesłuchałam albumu The Carters prawie 9 razy. Jeśli mnie moja matematyka nie myli, oczywiście. Nic jednak nie zmienia faktu, że nie bez powodu produkcja tak dobrze się przyjęła. Ja uważam, że w pełni zasłużenie. Nie wszystkim to podejdzie, bo nie każdy lubi taki rodzaj muzyki. Mnie się cholernie podoba i polecam z całego serca — tak mocno, że nawet nie wiem, co mogłabym tutaj jeszcze dodać. Idź i słuchaj.

#01 Jorja Smith Lost & Found

Jorja Smith — Lost &amp; FoundUgh. Nie wiem, czy powinnam w ogóle zaczynać pisać o Jorji, bo wiem, że jak już zacznę, to na pewno tak szybko nie skończę. Głoszę wszędzie, że to przyszłość współczesnego R&B, że to niemożliwie utalentowana gwiazda, która dopiero zaczęła się wspinać na szczyty i, choć jeszcze wiele przed nią, ma wystarczająco dobry (ba, nieprawdopodobnie dobry) głos, by zamiast na szczyt, wylecieć jeszcze w kosmos. Nie wiem, jak mogłam jej nie znać od samego początku jej pojawienia się na rynku muzycznym, ale pamiętam, że po raz pierwszy usłyszałam Jorję przypadkowo, w utworze Something In The Way i to właśnie wtedy bezpowrotnie skradła moje serce. Choć jest stosunkowo młoda, bo urodziła się rok przede mną, tak wygląda dojrzałe i, co chyba każdy widzi, kiedy na nią patrzy, pięknie. Miałam jednak nie mówić o wyglądzie, tylko o muzyce. A w przypadku Jorji o muzyce można powiedzieć w sumie tylko tyle, że trzeba jej posłuchać. Poważnie. Artystka ma ogromny potencjał. Kiedy zapowiedziała swój debiutancki album, dostałam zawału, ciesząc się z tego jak dzieciak, któremu rodzice właśnie kupili wymarzoną parę lat temu zabawkę, choć zarzekali się, że nigdy tego nie zrobią. Lost & Found to prawie 50 minut pięknej historii o życiu, młodości, fantazjach i miłości. Jeżeli chodzi o mojego faworyta, bez żadnych wątpliwości przyznaję, że szczególne miejsce w moim sercu zajmuje Teenage Fantasy, które przesłuchałam łącznie 61 razy.. I jest moim faworytem zarówno z powodu brzmienia, jak i tekstu oraz wokalu, znacznie pod koniec utworu, kiedy Jorja śpiewa wyjątkowo lekko, a ja najzwyczajniej w świecie się po prostu rozpływam. Zaraz po Teenage Fantasy jedną z najlepszych piosenek z tego albumu jest The One i tutaj wygrywa głównie brzmienie. Wokal też. Ugh. Wszystko. IDŹ I SŁUCHAJ. A na koniec jest jeszcze Don’t Watch Me Cry, gdzie przy pierwszym odsłuchaniu się popłakałam. Jak człowiek. Emocjonalny człowiek, który stanowczo za mocno kocha muzykę. I tekst tej piosenki. I Jorję Smith.. Słuchasz już?


To chyba już koniec. Tego artykułu w sensie. Mam nadzieję, że miło Ci się czytało i że dopiero teraz zorientowałeś się, że w sumie to jest sierpień, a ja dopiero napisałam artykuł, który powinien pojawić się na koniec czerwca. Wiem — ostatnio zalegam z praktycznie wszystkim, ale musisz mi uwierzyć, że naprawdę walczę ze swoim lenistwem! Dzisiaj (czyli 1 sierpnia) zaczynam nawet wyzwanie #12tygodni, o którym więcej znajdziesz na moim fanpage’u (o, tutaj), gdzie będę się również dzielić co tydzień swoimi postępami. Apple Watch poinformował mnie również, że biorę udział w sierpniowym wyzwaniu aktywności, czyli, krótko mówiąc, mam co robić. Ale powoli, nie wszystko naraz. Najpierw zaległa #MuzykaMiesiąca. Playlista już na Ciebie czeka. Miłego słuchania!

Do następnego,

M.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s