Potem było już tylko gorzej

Wyobraź sobie człowieka.

Takiego najzwyklejszego na świecie człowieka. Dwie nogi o przeciętnej długości, dwie ręce, jedna głowa, a w środku, z założenia działający, umysł. Człowieka, który nie posiada zbyt wielu problemów na głowie. Może chodzić, może skakać, może biegać, widzi i słyszy. Ma włosy na głowie. Jest zdrowy, tylko od czasu do czasu zdarzy mu się, że złapie go cięższe lub lżejsze przeziębienie. Poza tym, nic poważnego mu się jednak nie dzieje. Ma dach nad głową, ma oboje rodziców, którzy wcale nie są po rozwodzie. Lodówka jest zawsze pełna. Ogrzewanie też zawsze działa. Prąd, gaz. Wszystko w porządku. Woda również jest. Prawie zawsze, bo czasem coś się spierdoli w budynku, ale to nie jest ważne. Ogółem, ten najzwyklejszy na świecie człowiek wydaje się być w całkiem dobrym (no, przynajmniej jednym z lepszych) położeniu, prawda?

Do tego wszystkiego jest dość inteligentny. Zarówno życiowo, jak i emocjonalnie. Umie sporo rzeczy, posiada więcej, niż jedną pasję. Rodzice zdążyli w każdą z nich włożyć już co najmniej parę tysięcy złotych. Być może tylko dlatego, że ten człowiek jest jedynakiem. Być może dlatego, że go kochają. Nie. Na pewno go kochają. On to wie. Wprawdzie często o tym zapomina, jednak generalnie jest tego świadom. Ten człowiek jest emocjonalny. Nosi w sobie ogromne pokłady empatii, która jest przecież dziś niezwykle cenna. Ma również parę przyjaciół, którzy bardzo mocno go wspierają. Są wtedy, gdy ich potrzebuje. Starają się go motywować i przekonywać, że jest lepszy, niż mu się wydaje.

To wszystko brzmi dobrze. To wszystko brzmi jak dobre, spokojne, przyjemne życie.

Wiesz, co jest największym kłamstwem w powyższych trzech akapitach?

Drugie zdanie. Tylko i wyłącznie. Bo to wcale nie jest najzwyklejszy na świecie człowiek. To jestem ja. Człowiek, który wie, że został stworzony do wielkich rzeczy. Człowiek z ogromnym potencjałem, z wieloma pasjami, z wrażliwością na świat, której dzisiaj już nie widuje się tak często. Człowiek, który..

Czekaj! Nie idź jeszcze. Ja wiem.

Wiem, że to brzmi okropnie narcystycznie, ale zaufaj mi, że z narcyzmem to nie ma nic wspólnego. Ba, jest zupełnie odwrotnie. Spójrz na to od innej strony. Tej prawdziwej. Mamy październik, prawda? Dziesiąty miesiąc tego roku. Dwieście siedemdziesiąt cztery dni — tyle minęło od początku stycznia. Ja natomiast, przez cały ten czas — ja, czyli człowiek, który wydaje się być w dobrym położeniu i mieć równie dobre życie — nie zrobiłam nic.

Absolutnie nic.

Ile razy obiecywałam, że wrócę? Trzy, cztery? Osiemdziesiąt? Nieważne. Obietnicy nie dotrzymałam nawet raz. Owszem, wracałam, ale na maksymalnie parę dni. Pamiętasz to pierdolenie, że teraz to już na pewno ogarniam życie, że jest dobrze, że będzie jeszcze lepiej, że to na pewno to? Kłamałam. Kłamałam nie tylko w internetowe oczy wszystkich, którzy z jakiegoś powodu (bo naprawdę nie wiem, dlaczego ktokolwiek chciałby obserwować kłamcę) mnie obserwują, ale również w żywe.

Swoje własne. W lustrze.

Ile razy widziałeś te posty o motywacji, o świetnym dniu, o dobrym samopoczuciu? Też kłamałam. Przynajmniej w większości przypadków. Wrzucałam je na fanpage, po czym szłam zrobić sobie “popołudniową drzemkę” i budziłam się krótko przed północą. Czy to jest ta popołudniowa drzemka? A może to słynne power nap?

Bardzo śmieszne. Nie. To nawet nie jest śmieszne. Bardziej żałosne.

Mówiłam, że ten tekst nie ma nic wspólnego z narcyzmem? Wierzysz mi już? Jeśli tak, to dobrze. Jeśli nie, to nawet lepiej, bo zamierzam siebie opierdalać do ostatniego akapitu.

Ale nie wychodź. Potrzebuję tego.

Każdy tego czasem potrzebuje, tylko nie każdy potrafi się do tego przed sobą przyznać.

Gdzie byliśmy? Przy “drzemkach”? To nie wszystko. Pamiętasz, jak opowiadałam o tym, ile to czasu spędzam w bibliotece? Mówiłam, że to prawie jak mój drugi dom. Czy inne, równie idiotyczne stwierdzenie. Pamiętasz, kiedy wrzucałam coś na Instagrama, żeby pokazać, jak to się pilnie uczę i generalnie zapierdalam, jak na pracowitego człowieka przystało? Zaraz po którymś z tych razów zasnęłam na bibliotecznej kanapie i spóźniłam się na zajęcia.

Taki ze mnie, kurwa, pracowity człowiek.

Masz dość kłamstw? Świetnie, jest ich więcej!

Wielokrotnie mówiłam o Gary’m. Musisz wiedzieć, o kogo chodzi. Gary Vaynerchuk, ten koleś ze Stanów, co go tak namiętnie oglądam. Mówiłam głównie o jego podejściu do życia, że on to ma serio rację, że tak trzeba żyć, że wow, dokładnie tak, cierpliwość i ciężka praca. To jest to. Czy coś. A żeby nie było, ja naprawdę wierzę, że sukces nie jest żadną tajemnicą. Że na niego trzeba po prostu zapracować.

Tylko szkoda, że żadnej z tych rzeczy nie wdrażam we własne życie. Że siedzę, myślę o tym, jakiego to ja mam pecha, że mi źle, smutno, że olaboga, świat jest taki okrutny. Jak było lato, to było mi za ciepło, nic się nie chciało, wiatrak nic nie dawał, temperatura nie pozwalała żyć. Teraz jest jesień, jest mi za zimno, w ogóle najlepiej nie robić nic, tylko leżeć pod kołdrą, bo dni są krótsze, bo ciemno za oknem.. Że od jutra albo od poniedziałku, że od następnego miesiąca to już na pewno zacznę chodzić na siłownie, że.. No, rozumiesz, o co mi chodzi. Ble, ble. Ble. Pierdolenie, pierdolenie. Nic ciekawego.

Generalnie wychodzi na to, że mam więcej wymówek, niż komórek mózgowych.

Kiedy więc tak parę dni temu znów sobie leżałam na łóżku i gapiłam się w sufit (bo akurat nie chciało mi się spać, szok), stwierdziłam, że to musi być bardzo przykry obrazek. Jakby tak się zastanowić, tak totalnie logicznie, idąc możliwie najprostszą drogą, to nic mnie przecież nie powstrzymywało przed tym, żeby wstać. A jednak tego nie zrobiłam. Dlaczego?

Nie mam najmniejszego pojęcia. To jest w tym wszystkim najgorsze.

Nie wiem, dlaczego wybór notorycznie padał na lenistwo zamiast pracowitości. Nie wiem, dlaczego łóżko wydawało się być znacznie bardziej kuszącą opcją od laptopa i pisania tekstów. Nie wiem, dlaczego zarówno siebie, jak i Ciebie, karmiłam niezliczonymi kłamstwami na temat tego, jak jest, gdy wyłączam Facebooka.

Bo prawda była taka, że ja go po prostu nie wyłączałam.

Ja po prostu dalej przeglądałam ten pierdolony feed. Stronę główną w sensie. Tablicę. Zwał, jak zwał. Wiesz, o co mi chodzi. A potem przesiadałam się zwykle na Twittera. Potem na YouTube. Albo Instagram. Ewentualnie wszystko po kolei. Czas przeciekał mi przez palce. Nie wiem, czy byłam aż tak głupia, żeby tego nie zauważyć, czy może zwyczajnie mi się tego zauważyć nie chciało. Być może coś pośrodku. Być może było w tym zarówno trochę głupoty, jak i trochę lenistwa. A raczej trochę głupoty i bardzo dużo lenistwa.

No bo to przecież wcale nie jest tak, że ja jestem głupim człowiekiem. Przynajmniej za takowego się nie uważam i całkiem spora (chyba) ilość osób mi to może (chyba?) potwierdzić. Żarty żartami. Nie jestem głupim człowiekiem — jestem leniwym człowiekiem. A to coś zupełnie innego, tylko wciąż jednak o pejoratywnym znaczeniu.

Czuję się trochę jak dziecko. Takie złe, poirytowane dziecko, które w typowo dziecięcy sposób tupie nóżkami w podłogę, by wyrazić swoje niezadowolenie. Tupanie nic nie daje, a dziecko dalej tupie. Bo myśli, że coś w końcu da. Tak, jak ja myślałam, że nie robienie niczego poskutkuje.. czymś. Nie ukrywajmy — nie jestem dzieckiem. Mogę być zła, poirytowana, mogę sobie tupać nóżkami w podłogę, aż mi odpadną, ale już nigdy nie będę dzieckiem. Co boli, czasem nawet bardzo. Tyle że takie są właśnie fakty. Mogę się czuć jak dziecko, mogę sobie przypomnieć dzieciństwo, mogę sobie obejrzeć Kubusia Puchatka (który, swoją drogą, jest mądrą i wartościową bajką), ale teraz już jestem dorosłym człowiekiem i to się nie zmieni. Ba, pod koniec tego miesiąca skończę dwadzieścia lat.

Plan jest prosty: przestać udawać złe, poirytowane dziecko i myśleć, że tupanie nogami w podłogę cokolwiek zdziała. Brzmi, jakby wcale nie było skomplikowane. Jakby było możliwe. Rzeczywistość jest wprawdzie trochę inna, bo wszyscy wiemy, że to jest skomplikowane. Ale jest możliwe.

Dlatego nie częstuję Ciebie teraz tym, czego pewnie się spodziewasz. Nie mówię, że wróciłam i będzie zajebiście, albo że teraz to już na pewno ogarniam życie. To trzecie najprawdopodobniej nigdy mi się nie uda. Wiem, że będzie cała masa problemów, które pojawią się znikąd, jebną mi z pięści w twarz i jeszcze się będą z tego śmiać. Nie mówię, jak to sobie wszystko już przemyślałam, jak opracowałam nowy plan, który na bank wypali, bo jest po prostu przegenialny i nie ma opcji, żeby cokolwiek się zjebało. Taki plan nie istnieje. Jedyne, co mogę powiedzieć, to to, że od tego całego tupania powoli zaczynają mnie boleć nogi. A ból nóg jest ostatnim, czego mi potrzeba.

Chyba czas przestać tupać.

M.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s