Przeżyć 175 200 godzin

w tle: Joji „BALLADS 1

Od około dwóch tygodni nieustannie zastanawiam się, czy to duża liczba.

Czy dwadzieścia lat to faktycznie sporo? Czy to dopiero początek? A może początek końca? Koniec początku? Czy jest już za późno? Albo wręcz za wcześnie? Wiem, że samo zadawanie tego typu pytań nie ma większego sensu, bo każdy będzie miał zupełnie inną odpowiedź, ale czuję potrzebę pomyślenia nad tym wszystkim. Ile czasu już minęło. Ile czasu minęło od dnia, w którym się pojawiłam, kompletnie nie wiedząc, co na mnie czeka. Nie mając pojęcia, że będzie trudno. Nie podejrzewając, iż największą walką, jaką mogę stoczyć, jest walka z samym sobą. Ze swoimi myślami, które często nie współpracują. Z wadami, które przez dwadzieścia lat życia wydały się rozmnożyć przez pączkowanie. Ze strachem przed bezsilnością, przed utratą bliskich, przed samotnością i niespełnieniem. Bez żadnego przygotowania na jakiekolwiek przeszkody.

Od pięciu dni nieustannie zastanawiam się, czy cokolwiek jakkolwiek się zmieniło.

Czy to naprawdę jest takie ważne? Czy coś się powinno zmienić? Czy może wszystko powinno być dokładnie takie samo, jak wcześniej? Przecież tak jest bezpieczniej, tak jest.. wygodniej. Łatwiej. Jednak, z jakiegoś powodu, dwadzieścia lat brzmi jak przełom. Zmiana cyfry z przodu na większą. Kolejny etap. Nowy rozdział. Te same ambicje, te same aspiracje i marzenia. A może zupełnie inne? Może te same, tylko większe? Dwudziesty raz wszystko zaczyna się od nowa. Dwudziesty raz dostajesz przed nos tort ze świeczkami, dwudziesty raz je zdmuchujesz. Z taką różnicą, że już nikt nie musi Ci w tym pomagać (lub, jak w przypadku pierwszych lat życia, robić to całkiem za Ciebie). Znów w myślach wypowiadasz życzenie, mocno wierząc w to, że kiedyś się ono spełni. Że któregoś dnia gwiazdy ułożą się w prawidłowej konfiguracji i wszystko potoczy się dokładnie tak, jak powinno. Że będzie po prostu dobrze. No i kto wie — może będzie, a może nie.

Od około dwóch tygodni nieustannie myślę, ile mi jeszcze zostało.

Świadomość, iż nigdy się tego nie dowiem, trochę mnie przeraża. Z jednej strony jest wersja, w której żyję jeszcze co najmniej pół wieku, a z drugiej wersja, gdzie mogę nawet umrzeć za moment, dostają chociażby zawału serca. Mogę równie dobrze umrzeć w drodze na uczelnię. Albo w jakiekolwiek innej sytuacji. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, niespodziewanie i, przede wszystkim, za szybko. W przypadku pierwszej wersji bardzo często wyobrażam sobie, że siedzę w bujanym fotelu, myśląc, że moje życie było dobrym życiem. Udało mi się spełnić swoje największe marzenia, zatrzymać przy sobie ludzi, na których najbardziej mi zależy, zobaczyć miejsca, które zawsze chciałam zobaczyć. Że wszystko rzeczywiście potoczyło się dokładnie tak, jak powinno. W przypadku drugiej wersji jest zupełnie odwrotnie. Odchodzę zbyt szybko, z poczuciem niespełnienia, z żalem, że nie zrobiłam tego, tego i jeszcze tamtego. Ze strachem, że nikt mnie nie zapamięta, że nic nie wniosłam do świata, nie pozostawiłam po sobie ani śladu.

Kiedy niedawno po raz dwudziesty zdmuchiwałam świeczki na torcie, pomyślałam, jak bardzo realne są obie wersje rzeczywistości. Wprawdzie nie wszystko zależy ode mnie, bo zwyczajnie nie mam pojęcia, kiedy umrę, ale mogę zmienić coś, cokolwiek.. już teraz. Przynajmniej mogłabym, gdyby mi się chciało. Bo, stety lub nie, większość tych zmian wiąże się z wyjścia ze swojej strefy komfortu. Z mniejszą ilością snu, z większą ilością bólu, stresu i niepewności. Ze stąpaniem po cienkim lodzie, ze skakaniem na głęboką wodę bez żadnego wspomagania. Większość tych zmian przypominałaby jazdę na rowerze bez trzymanki z zamkniętymi oczami; albo całkowicie zdałabym się na swój zmysł równowagi, albo spanikowałabym, otworzyła oczy i zatrzymała niemalże od razu. Albo w ogóle bym nie ruszyła z miejsca.

Jak łatwo się domyślić, jeszcze nie wyszłam ze swojej strefy komfortu. Podjęłam się wielu prób, za każdym razem z małym skutkiem lub jego kompletnym brakiem, bo.. No właśnie. Dlaczego? To jest kolejne pytanie, które zadaję sobie niemalże cały czas od tych nieszczęsnych dwóch tygodni. A powinnam je sobie zadać już bardzo, bardzo dawno temu. Postanowiłam więc usiąść przy biurku i na spokojnie zastanowić się, co jest przyczyną tego, że wersja, w której znikam ze świata zbyt szybko z poczuciem niespełnienia, jest wersją, która wydaje mi się zbyt bardzo prawdopodobna. Postanowiłam spisać, jakie lekcje otrzymałam od życia przez te dwadzieścia lat. W szczegółach.

Tylko dlaczego ich, do cholery, nie stosuję? Albo zwyczajnie o nich zapominam?

Liczę, że ten tekst pomoże mi znaleźć przyczynę.

Więc chodź. Opowiem Ci o dwudziestu lekcjach, jakie przedstawiło mi życie.

Najlepiej weź herbatę lub kawę, bo to będzie długa opowieść.


1. Jesteś sam. Pod koniec każdego dnia, jesteś całkiem sam.

Dlatego musisz ze sobą poważnie porozmawiać.

Tak, wiem, jak to brzmi. Nie, nie sugeruję, że nikt Cię nie lubi albo nie masz przyjaciół. Wierz mi, że ja tylko stwierdzam najzwyklejszy fakt — każdy z nas pod koniec dnia jest całkiem sam. Zawsze. Nawet, jeżeli mowa o małżeństwie, które położyło się razem spać do jednego łóżka. Jedno zaśnie później od drugiego i będzie mieć wystarczająco dużo czasu, by pomyśleć o czymś, co go trapi, martwi czy zasmuca. A drugie będzie spać. Rozumiesz już, o co mi chodzi? To jest tak, jak wracasz z uczelni po dwudziestej, bo miałeś jakieś głupie zajęcia, z których nie można się urwać, padasz na łóżko, chcesz napisać do znajomego, ale okazuje się, że on jest akurat na mieście i nie ma czasu. Twoi rodzice oglądają film, nie zastanawiając się w tej konkretnej chwili, jak się czujesz. Jesteś sam. Po prostu. Ba, będziesz sam — tak długo, aż któregoś dnia Twoje serce przestanie bić. Czy należy się z tego powodu smucić? Skądże. O co mi więc chodzi? Nie należy z tego powodu żyć ze sobą w niezgodzie. Ja wiem, jak to jest, kiedy człowiek ma samego siebie dość. Kiedy najchętniej przybiłby sobie piątkę krzesłem. Najlepiej w czoło, a nie w rękę. Wiem, jak trudno czasem dogadać się ze swoimi myślami. Albo przekrzyczeć ten głos w głowie, który podpowiada, że najlepiej będzie się poddać.

Zatrzymać. Zdrzemnąć. Przestać starać.

Samotność nie zawsze musi mieć pejoratywne znaczenie. Często może być budująca, stwarzając na przykład lepsze warunki do tego, aby intensywnie pomyśleć nad własnym życiem. Aby ze sobą samym porozmawiać o tym życiu. Bo kiedy jesteś sam, musząc jakoś znosić swoje towarzystwo dwadzieścia cztery godziny na dobę  do swojej śmierci i wiesz, że to się raczej nigdy nie zmieni, warto przeprowadzić ze sobą bardzo poważną rozmowę. Taką, która pozwoli Ci ustalić zasady gry. Dzięki której zrozumiesz, kim jesteś, do czego dążysz, o czym marzysz, co chcesz zrobić, gdzie chcesz być. Zrozumiesz siebie. Chociaż trochę.

Być może dzięki temu również siebie polubisz. Warto się lubić, serio. Ja od zawsze (a przynajmniej odkąd pamiętam) miałam z tym problem (wykluczając ewentualnie czasy wczesnego dzieciństwa, gdzieś w okolicach etapu przedszkolnego, kiedy byłam mała, nieświadoma i nie miałam pojęcia, co na mnie czeka), bo uważam, że jestem człowiekiem skomplikowanym, z całkiem pokaźną ilością wad, które potrafią być mocno irytujące. Wiem jednak, iż z drugiej strony mam masę zalet. Mam pasje, o których uwielbiam mówić. Mam otwarty umysł i potrafię zrozumieć innego człowieka. Mam w sobie ogromne pokłady empatii. Tolerancji. Ale mam też na przykład sekrety, których nie wyjawiam w internecie. Bo internet to miejsce, gdzie w gruncie rzeczy każdy praktycznie cały czas stąpa po cienkim lodzie, nie mając pojęcia, kiedy ten lód pęknie. To też miejsce, gdzie możesz nauczyć się praktycznie wszystkiego za niewielką cenę lub całkowicie za darmo. Miejsce, w którym masz błyskawiczny kontakt z najbliższymi osobami. Miejsce, w którym możesz zrobić coś swojego i zobaczyć, że to się ludziom podoba. Że w gruncie rzeczy wcale nie jesteś taki zły, jak o sobie myślisz. Internet też może pomóc Ci siebie polubić — tylko trzeba użyć go w odpowiedni sposób. Tyle że w internecie też jesteś sam. Pomimo wszystkiego, co Ci zapewnia, jesteś całkiem sam. Sam ze swoimi tekstami, ze swoimi piosenkami oraz z myślami, czy inni faktycznie chcą obserwować Twój rozwój. Sam z komentarzami przepełnionymi nienawiścią, demotywującymi wiadomościami prywatnymi na Instagramie, z łapkami w dół pod ostatnim filmem. Zawsze jesteś sam. I zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie usiłował Ci o tym przypominać.

Dlatego spróbuj obrócić cały obrazek o sto osiemdziesiąt stopni. Wykorzystać ten fakt. Uwierzyć trochę w siebie. Odrobinę się polubić. Uśmiechnąć się do lustra. Puścić fajną piosenkę i nie przejmować się tymi, którzy podstawiają Ci nogi. Jeśli się o nie potkniesz, to znaczy tylko, że idziesz do przodu. Pomyśl o tym w ten sposób. Inaczej.

Jesteś sam? To dobrze. Dobrze jest przebywać ze świetną osobą.

2. Zmień perspektywę, z której patrzysz na złośliwość innych ludzi.

Perspektywa to w ogóle jest bardzo zdradliwa rzecz. Wystarczy, że spojrzysz na coś od złej strony, nie tak przechylisz głowę i dana rzecz już wydaje się być pięć razy gorsza, chociaż w rzeczywistości przecież wcale taka nie jest. Pamiętasz czasy podstawówki? Było się wtedy największym debilem, albo dokuczając innym, albo będąc tym, któremu dokuczali. To zawsze były tylko dwa obozy — napastnicy i ich ofiary. Nieważne, do której grupy należałeś. A wiesz dlaczego? Bo to się zmieniało. Na pewno zdarzało Ci się być zarówno napastnikiem, jak i ofiarą. Wszyscy mamy pojęcie, jak to jest, kiedy ktoś zachowuje się w stosunku do nas jak najzwyklejszy na świecie dupek. Niektórzy biorą to do siebie, płaczą nocami do poduszki, a innym wlatuje to jednym uchem i wylatuje drugim. Do około piątej klasy podstawówki byłam raczej w tej pierwszej grupie. Zresztą, ciężko, żeby było inaczej, jeśli z natury jesteś człowiekiem wrażliwym, no nie? Doświadczyłam czystej złośliwości. Doświadczyłam też złośliwości, za którą kryły się kompleksy tego, kto był złośliwy.

Tylko wtedy nie patrzyłam na to z tej perspektywy.

Każdy ma problemy. Każdy ma kompleksy. Serio. Każdy. Ty. Ja. Twoja mama. Moja mama. Twój najlepszy przyjaciel. Mój najlepszy przyjaciel. Wszyscy. Bez wyjątku. I przez to wszyscy czasem jesteśmy złośliwi — jedni częściej, inni rzadziej, a niektórzy prawie wcale. Tylko że prawie, jak zawsze, robi wielką różnicę. Nie wierzę, żeby na świecie żył ktoś, kto nigdy nie był złośliwy.

Potrzebujemy dowartościowania. A że nie każdy z nas potrafi przyznać, iż akurat dzisiaj czuje się, jakby przejechał go walec, a potem jeszcze cofnął się na wstecznym i przejechał raz jeszcze, znacznie wolniej, to niektórzy szukają innego rozwiązania. Nie poprzez słowa, tylko czyny. Często te czyny są naprawdę idiotyczne. Pamiętasz to gówniarskie wytykanie palcami kogoś, kto wyglądał inaczej? Albo zachowywał się inaczej? Tak, to byliśmy właśnie my, gówniarze z podstawówki, potrzebujący dowartościowania. Zapewnienia, że jesteśmy normalni. I nieważnym było wówczas, że nikt nie wiedział, co to znaczy.

W sumie nadal nikt nie wie. Normalny to dziwne słowo.

Kiedy więc czytasz ten złośliwy komentarz pod ostatnim tekstem albo filmem, spróbuj spojrzeć na niego z innej perspektywy. Z takiej, gdzie nadawca jest trochę jak taki gówniarz z podstawówki, który potrzebuje dowartościowania. Ktoś, kim każdy z nas był chociaż raz w życiu. Jasne, nigdy nie będziesz wiedzieć, czy to nie jest jednak ta czysta złośliwość (której, swoją drogą, chyba nie zrozumiem).

Właśnie dlatego potem weź się uśmiechnij i pomyśl sobie, że teraz pozostaje Ci tylko udowodnić, jak bardzo twórca takiego komentarza się myli. Dobrze wiesz, jak bardzo. Bardzo.

3. Nie oczekuj zbyt wiele. Najlepiej nie oczekuj niczego.

Główny problem z ludźmi polega na tym, że zawsze chcemy czegoś w zamian. No, prawie zawsze. I na pewno w większości przypadków. Każdy z nas na pewno przynajmniej raz w życiu dał coś komuś z nadzieją, że otrzyma od tego kogoś coś w zamian. Nawet, jeśli chodzi o miłość — rozpoczynamy z ludźmi związki, dajemy im siebie i oczekujemy od nich tego, żeby byli z nami zawsze.

A potem odchodzą. Bo są przecież tylko ludźmi. Jak ja czy Ty. My też czasem odchodzimy.

Gary Vaynerchuk, o którym mówiłam już setki tysięcy razy i na pewno masz go serdecznie dość, bardzo często sam zwraca na to uwagę swoich obserwatorów — najlepiej jest nie oczekiwać absolutnie niczego. Od nikogo. Wtedy bardzo ciężko jest się na kimkolwiek w jakimkolwiek stopniu zawieść. Taka prawda. Bo, nie oszukujmy się, ale często, gdy oczekujemy jakiejś rzeczy w zamian, nie dostajemy jej. Gdy zaczynałam pisać bloga, oczekiwałam, że ktoś go będzie czytał. Tylko kto mógłby czytać jakiegoś tam bloga, który wyrósł spod ziemi, wziął się dosłownie znikąd i pojawił w internecie. Ba, niby dlaczego z jakiegoś powodu miałby kogokolwiek zainteresować? Moje oczekiwania, jak się nietrudno domyślić, szlag trafił, bo na samym początku faktycznie nikt mnie nie czytał.

No, może z wyjątkiem mojej mamy. Za co jestem jej wdzięczna, bo wierzyła we mnie już wtedy.

Z czasem (czytaj: dopiero parę miesięcy temu tak naprawdę) zrozumiałam, że łatwiej mi się żyje, jeśli wrzucam tekst do otchłani internetu z takim przekonaniem, że w pierwszej kolejności robię to dla siebie. Dla przyjemności. Bo kocham pisać. Proste. Jeżeli ktoś go przeczyta — świetnie, serio. Ale próbuję tak nastawić swój umysł, by wychodził z założenia, że nikt mojego tekstu przeczytać nie musi.  Tak robię również w przypadkach, gdy dany tekst piszę typowo dla innych. Żeby im coś uświadomić. Albo o czymś przypomnieć. Próbuję nastawić się na to, że to nikogo nie musi obchodzić. A potem, kiedy widzę polubienia, komentarze i rosnące wyświetlenia..

Radość jest mniej więcej trzy razy większa.

Tę samą taktykę staram się stosować w przypadku ludzi. W sensie, staram się nie zapominać o tym, że prędzej czy później wszyscy odejdą. Poza moimi rodzicami i psami. Ale prawda jest taka, że nawet od najlepszego przyjaciela nie powinno się oczekiwać, że zawsze będzie najlepszym przyjacielem. Jasne, takie nieoczekiwanie absolutnie niczego brzmi jak coś niemożliwego do osiągnięcia. I owszem, jest to cholernie trudne.

Dlatego spróbuj chociaż oczekiwać mniej. Znacznie mniej.

4. Nikogo naprawdę nie obchodzi, że nie masz siły albo ochoty.

Można powiedzieć, że ta lekcja jest przyrodnią siostrą pierwszej. Bo skoro jesteś sam, to niby kogo miałoby obchodzić to, że dzisiaj nie czujesz się na siłach? Ja wiem. Prawdopodobnie w momencie, kiedy napiszesz do kogoś bliskiego i poinformujesz go o swoim kiepskim stanie psychicznym, dana osoba się przejmie. Zapyta, czy może jakoś pomóc. A potem, po zakończonej rozmowie, przestanie o tym myśleć, bo ma masę własnych spraw i problemów na głowie. Tak działa świat. Chyba.

Weźmy na przykład uniwersytet. Budzisz się rano, czujesz się jak gówno (albo jak tamten nasz biedny ktoś, kogo właśnie przejechał walec i później cofnął się na wstecznym, tyle że trzy razy wolniej) i, jakby tego było mało, nic nie masz zrobione na dzisiejsze zajęcia. Ale wstajesz, ubierasz się, czeszesz włosy, a nawet używasz głupiego perfumu, żeby przyjemnie pachnieć. Krótko mówiąc, robisz dobrą minę do złej gry. No i przychodzisz na te zajęcia, ostatnimi siłami silisz się na uśmiech, po czym tłumaczysz, że dzisiaj wyjątkowo nie masz zrobionego zadania. A profesor najzwyczajniej w świecie ma to głęboko w poważaniu. Bo nikogo na uczelni nie obchodzi, że nie zrobiłeś zadania. Dokładnie tak, jak nikogo nie obchodzi, dlaczego nie zrobiłeś tego zadania.

To mi przypomina dzień, w którym rano dowiedziałam się, że moja babcia zmarła. Tego samego dnia szłam do szkoły, wtedy jeszcze do gimnazjum. Wszystko wyglądało tak, jak zwykle. Ja byłam w rozsypce, a świat kręcił się dalej. I chociaż to brzmi dość smutno, tak w pewnym sensie to też jest budujące, podobnie jak samotność, o której mówiłam w pierwszym punkcie.

Budujące, ponieważ uodparnia i wzmacnia.

Nie mówię, że masz teraz przestać się czymkolwiek przejmować i mieć wszystkich oraz wszystko w poważaniu. Po prostu nabierz trochę dystansu. Ja od dziecka przejmowałam się praktycznie każdą krzywdą, jaka się działa w moim otoczeniu, a z perspektywy tych dwudziestu lat przyznam szczerze, że za wiele mi to nie dało. Może poza faktem, iż wylałam więcej łez, niż przewiduje średnia, co nie jest rzeczą ani złą, ani też dobrą.

Kiedy masz kryzys, gorszą chwilę albo wrażenie, że nie może być gorzej, przypomnij sobie o tym, iż nikogo to nie obchodzi. I nie, to wcale nie znaczy, że masz z tego powodu czuć się jeszcze gorzej. Przytul psa (lub kota, ewentualnie maskotkę), który nie wie, o co biega, zjedz cukierka, uśmiechnij się do siebie w lustrze, włącz jakąś fajną piosenkę.

Przejmij się samym sobą i spróbuj sobie polepszyć nastrój. Nie, to nie jest łatwe.

5. Jeżeli gdziekolwiek jest problem, to najpierw poszukaj go w sobie.

To jest trochę tak jak z notorycznie psującym się kranem. Możemy go w kółko naprawiać i przez chwilę cieszyć się, że mamy spokój. A potem okazuje się, że problem nie był w samym kranie, tylko na przykład w instalacji. Inaczej rzecz ujmując, nie było go tam, gdzie myśleliśmy, że jest. Podobna sytuacja następuje wtedy, kiedy w naszym życiu pojawia się jakiś problem. Najczęściej większość z nas wówczas szuka jego źródła w kimś innym lub w czymś, co mogło być potencjalnym powodem, dla którego ten problem w ogóle się pojawił. Często chodzi tutaj o dumę, ego, a czasem o zwykły strach. Bo kiedy tak pomyślisz sobie, co będzie, jeżeli problem okaże się być w Tobie, to to może być całkiem przerażająca myśl.

Może masz niską samoocenę? Może nie czujesz się na siłach, by taki problem rozwiązać? A może po prostu nie masz zielonego pojęcia, jak mógłbyś taki problem rozwiązać?

Nieważne. Serio. Tu też trzeba po prostu spojrzeć na to z zupełnie innej perspektywy. Jeżeli najpierw poszukasz tego problemu w sobie, to przede wszystkim wykonasz pierwszy krok w stronę tego, aby nauczyć się pokory. Sama mam z tym całkiem duży problem. Bo pokora to coś.. niewygodnego. Coś, co kojarzy się z wyjściem ze swojej strefy komfortu. Tyle że wszyscy dobrze wiemy, iż pokora jest tak naprawdę bardzo wartościowa.

Weź na siebie odpowiedzialność. Wina nigdy nie leży po jednej stronie. Spójrz na to, jak na okazję do rozwoju. Do wyciągnięcia wniosków, które pozwolą Ci w przyszłości nie popełniać tych samych błędów. Które sprawią, że będzie mniej problemów. Spróbuj. Ja próbuję.

6. Nie krytykuj siebie zbyt często — cały świat już to robi za Ciebie.

Każdy z nas ma w głowie ten irytujący, przeklęty głos. Wiesz, o co chodzi. Głos, który w niektórych przypadkach nieustannie, a w innych trochę rzadziej, próbuje podciąć nam skrzydła czy podłożyć nogę. Śmieje się pod nosem, wytyka bezczelnie palcami, obgaduje za plecami i generalnie robi wszystko, byleby tylko jakoś nam uprzykrzyć życie. Co samo w sobie jest dość dziwne, bo ten głos przecież jest w naszej głowie. Dlaczego sami sobie uprzykrzamy życie? Na to pytanie nikt jeszcze chyba nie znalazł dobrej odpowiedzi.

O ile jakakolwiek istnieje.

Będąc na tym świecie dwadzieścia lat, zdążyłam się już trochę z tym moim głosem oswoić. Rzadziej zwracać na niego uwagę. Nie brać go tak bardzo na poważnie. Albo się w stosunku do niego jakoś zdystansować. Myślałam, że to pomoże, że głos przestanie mi uprzykrzać życie, ale prawda jest taka, że w tym przypadku również powinnam od razu spojrzeć na to wszystko z zupełnie innej perspektywy. Albo przynajmniej spróbować.

Bo prawda jest taka, że jeśli my siebie nie krytykujemy, to na pewno robi to za nas ktoś inny. Dlatego to jest chyba trochę zbędne, no nie? Wiadomo, nie masz się zaraz stać narcyzem, ale.. Zacznij chociażby od tego, żeby trochę rzadziej się krytykować. Każdy popełnia błędy, ale po jaką cholerę je jakkolwiek rozpamiętywać? Wystarczy wyciągnąć z nich jakieś wnioski. Nic więcej, serio.

Nie gań się za to, że popełniasz błędy. Nie krytykuj się za często. Bądź sceptyczny, ale nie przesadzaj. Nie pozwól sobie wpaść w tę słynną i pozbawioną sensu pętlę, gdzie człowiek zaczyna się złościć na siebie, że w ogóle się na siebie złości. Czy coś.

Byłam tam. Niefajnie jest.

7. Poza wadami, masz też zalety. Skup się na nich.

Nie zliczę, ile razy pomyślałam sobie, że chciałabym coś umieć robić. I jak bardzo żałowałam, że nie umiem tego robić. Przecież jest tyle świetnych talentów, których nie posiadam! Przecież mam tyle wad! Nie jestem wystarczająco silna psychicznie, boję się rozmów przez telefon, obgryzam paznokcie z nerwów. Często poddaję się swojemu lenistwu. Jestem impulsywna. Nie mam cierpliwości. Nie zawsze dotrzymuję słowa. Spóźniam się wszędzie. Całkiem sporo przeklinam.

Wada za wadą. Masakra.

No, być może. A gdyby spojrzeć na to z innej strony?

Moją największą zaletą jest empatia. Potrafię wejść w skórę drugiego człowieka i spróbować wyobrazić sobie, jak się czuje. Nie boję się okazywać emocji. Nie uważam ich za słabość. Uwielbiam pomagać — nieważne, czy bezdomnemu spod Żabki, czy może psiakom ze schroniska. Umiem pisać. Umiem śpiewać. Mam poczucie rytmu. Jestem wrażliwym człowiekiem. Widzę więcej, niż inni. Czuję więcej, niż inni. Mój angielski jest na wysokim poziomie. Mam ambicje.

Zaleta za zaletą. To tak można?

Można. Poza wadami, masz też zalety. Tylko o nich zapominasz. Ale nie chcesz o nich myśleć, bo masz wrażenie, że Twoje wady wystarczająco bardzo komplikują sytuację. Bzdura. Wszyscy wiemy (ja na pewno), że jesteś zajebistym człowiekiem (w końcu czytasz mojego bloga, halo) i masz całą masę zalet, których z jakiegoś powodu nie doceniasz. Dlatego mam do Ciebie prośbę — usiądź przy biurku z kartką, długopisem i nie wstawaj, dopóki nie zapełnisz całej (całej!) kartki swoimi zaletami. Nawet, jeśli oznacza to dwie godziny siedzenia. Gwarantuję Ci, że prędzej czy później ją zapełnisz.

Przeczytaj potem, co napisałeś. Widzisz te wszystkie zalety?

Skup się na nich.

8. Mały krok dla ludzkości, ale wielki skok dla człowieka.

Zaraz, co? Czy to przypadkiem nie leciało jakoś inaczej? Czy..

Leciało. Zupełnie inaczej. Ale działa w dwie strony — przynajmniej według mnie. Już tłumaczę.

Zobaczyłam kiedyś w internecie film, gdzie kapitan marynarki wojennej wypowiadał się na temat tego, jak można zmienić świat. Czy coś podobnego. Nie pamiętam dokładnie. Pamiętam jednak, że rozpoczął swoją wypowiedź od jednej, konkretnej rzeczy — “jeżeli chcesz zmienić świat, zacznij od ścielenia łóżka„. …serio? Ale tak poważnie? Ścielenia łóżka? Przecież to takie.. błahe.

Czyżby? Nic bardziej mylnego. Jeśli, oczywiście, spojrzysz na to z innej perspektywy.

Jest wcześnie rano. Tak wcześnie, że aż boisz się otworzyć oczy, nie wspominając już o tym, jak bardzo marzysz, aby pospać jeszcze parę godzin. Nie można mieć jednak w życiu wszystkiego. Więc otwierasz te oczy. Z ogromnym trudem, ale jednak otwierasz. Wysuwasz stopę spod kołdry, czujesz ten chłód. Boże, tylko nie to. Ale dobra. Szybkim ruchem ściągasz z siebie kołdrę. Antarktyda. Wstajesz. Chyba jeszcze nigdy nic nie było tak trudne. Wstajesz, a potem, wyobraź sobie, że ścielisz łóżko. Porządnie. Tak, że po chwili faktycznie jest pościelone.

Wykonałeś pierwsze zadanie. Zacząłeś dzień od zwycięstwa. Małego, ale jednak.

Teraz już aż szkoda się z powrotem kłaść na tak ładnie pościelone łóżko. Pozostaje więc ruszyć do łazienki i doprowadzić się do porządku, by chociaż w połowie wyglądać, jak człowiek. To też robisz. Kolejne zwycięstwo. Ubierasz się, wychodzisz z domu. Znów wygrałeś. Cuda na kiju. Gdzie jest jakaś góra, którą możesz przenieść?

Właśnie o to w tym chodzi. Pościelenie łóżka to nic takiego. Bardzo mały krok dla ludzkości. Nie wynalazłeś sposobu na odmłodzenie się. Ty po prostu pościeliłeś łóżko. Wielki skok dla Ciebie. Małe zwycięstwo, które okazało się być początkiem całego ich pasma. Na Mount Everest też jeszcze nikt nie wskoczył albo wszedł po drabinie.

Wszyscy, którzy dotarli na szczyt, dotarli tam małymi krokami.

9. Afirmacje działają. Zwłaszcza, gdy nie czujesz się na siłach.

Jeszcze nie tak dawno temu nie miałam pojęcia, czym tak właściwie są te całe afirmacje. Na samym początku brzmiało to dla mnie jak coś dla takiego typowego pseudo—hipstera, który się tym chwali każdemu dookoła. Okazuje się jednak, że afirmacje to w gruncie rzeczy bardzo skuteczna metoda na lepsze samopoczucie.

A na dłuższą metę być może nawet polepszenie jakości swojego życia.

To jest bardzo proste. Powtarzasz sobie pewne zdania, które, upraszczając całą sytuację, utwierdzają Cię w przekonaniu, że jesteś zajebisty. Powtarzasz je sobie do bólu, tak długo, aż w końcu w nie uwierzysz. Mówisz sobie, że masz dobrą kondycję, że chodzisz regularnie na siłownię, że codziennie przybliżasz się do ustalonego przez siebie celu. Mówisz sobie wszystko, co tak bardzo chciałbyś usłyszeć od kogoś innego. Bo w rzeczywistości jest tak, że jedyną osobą, od której powinieneś te rzeczy usłyszeć, jesteś Ty. Nawet, jeżeli wydaje Ci się to idiotyczne. Nawet, jeżeli brzmisz przy tym jak jeden z tych totalnie śmiesznych coachów motywacyjnych, co to naprawdę wierzą, że można chodzić po ścianach. Nie chodzi tutaj o chodzenie (chodzi, chodzenie, przepraszam..) po ścianach.

Zaufaj mi.

Zapisz sobie gdzieś te zdania. Czytaj to codziennie. Albo mów je sobie pod nosem.

Zwłaszcza, gdy nie czujesz się na siłach.

10. Zacznij medytować.

Pobierz aplikację Headspace. Albo posłuż się zwykłym stoperem. Zacznij od trzech minut dziennie. Nie przejmuj się, jeżeli nic się nie dzieje. Ja nadal nie widzę jakichś większych efektów, ale podczas którejś sesji zaczynam zauważać, że w momencie medytacji jestem podejrzanie bardzo spokojna. A to jest definitywnie coś, czego każdemu z nas brakuje.

PS: W przyszłości zamierzam napisać o medytacji osobny tekst.

11. Zrób playlistę z muzyką, która daje Ci energię i motywację.

Słuchaj jej codziennie. Bez wyjątku. Mówię poważnie. Sprawdzone, potwierdzone, działa.

12. Dziękuj swoim przyjaciołom za to, że są.

Tu także nie ma większej filozofii. Tu po prostu chodzi o to, żebyś docenił, że ich masz. Ja bardzo często o tym zapominałam. Ba, dodatkowo, kiedy podziękujesz swoim przyjaciołom za samą ich obecność, gwarantuję Ci, że poprawisz im tym humor na resztę dnia.

A to chyba całkiem fajna sprawa, no nie?

13. Nie oglądaj się za siebie, bo to Ci tylko rozpierdoli kręgi szyjne.

Przeszłość zwykle jest pełna —bardziej lub mniej— przykrych wspomnień. Wspomnień, do których z jakiegoś powodu bardzo lubimy wracać. Sytuacji, które pomimo wywoływania w nas smutku, rozpamiętujemy. Często chodzi o sentyment. My, ludzie, jesteśmy istotami sentymentalnymi. Przywiązujemy wagę do rzeczy, do sytuacji, do innych osób, do zwierząt, do praktycznie wszystkiego. I to nie jest nic złego. To po prostu czasem komplikuje życie.

O ile dobrze jest czasem przypomnieć sobie chwile, podczas których czuliśmy się szczęśliwi lub radośni, tak gorzej już jest z przypominaniem sobie tych chwil, które bolą. Tak, ja też to robię. Za często. Siadam sobie przy biurku, owijam się kocem, włączam w tle playlistę z samymi utworami Radiohead (lub, co ostatnio robię równie często, zapętlam “when the party’s over” Billie Eilish), zamykam oczy i pozwalam niekoniecznie radosnym wspomnieniom zająć moje myśli. Melancholia też jest czasem potrzebna, jasne, ale.. co za dużo, to niezdrowo.

Dlatego dzisiaj próbuję ograniczyć czas, podczas którego dobrowolnie zamieniam się w smutnego mopsa i rozpamiętuję przeszłość. Bo serio, po co mi to? Były rzeczy, które, choć na początku wydawały się być bardzo miłe, na końcu okazały się być wrzodem na dupie. Były momenty, dla których chętnie cofnęłabym czas, a przez które z drugiej strony do dzisiaj zdarza mi się popłakać sobie w kącie, kiedy nikt nie widzi. To brzmi jak bardzo bezsensowny konflikt i, szczerze mówiąc, tym właśnie jest. Walczę ze sobą, powstrzymując się od czegoś, co nie przynosi niczego dobrego.

Trochę głupie. Bo ludzkie.

Staram się rzadziej oglądać za siebie. I powiem Ci, że dzięki temu rzadziej miewam te momenty, w których siedzę, myślę o czymś, co było, marnuję czas na smutek. Tobie też radzę ograniczyć oglądanie się za siebie. Jak będziesz to robić często, to jedynym, co Ci z tego zostanie, będzie dokuczliwy ból szyi.

14. Nie czekaj bez końca na odpowiedni moment. On nie istnieje.

Nienawidzę tego. Z całego serca. Szczerze. 

Zawsze wydaje mi się, że to jeszcze nie ten moment, że może coś dopiszę albo poprawię, doszlifuję, może znajdę inny obrazek na pierdoloną grafikę.. I tak mijają dni, ja nie publikuję tekstu, bo szukam dobrego zdjęcia na Unsplash’u, opierdalając się jak szanowany mistrz prokrastynacji, który wczoraj otrzymał na to certyfikat z pieczęcią lakową. 

Tak się właśnie czuję, kiedy zamiast robić coś, co powinnam, robię jakieś niepotrzebne gówno.

Myślę jednak, że wszyscy doskonale znamy to uczucie. Mam nawet taką teorię — każdy z nas przez krótki czas w życiu specjalizował się w prokrastynacji. Odkładanie wszystkiego na później jest całkiem fajne. Przez chwilę. Potem czujesz się, jak główny bohater tego tekstu — nasz biedny ktoś, kogo właśnie przejechał walec i później cofnął się na wstecznym, tyle że trzy razy wolniej — i nie masz siły na życie, bo przecież niczego nie zrobiłeś, marnując kolejne godziny swojego życia. Świetnie. Te same błędy. Te same pierdolone kamienie, o które się znów potknąłeś.

Zdarza się. Naprawdę.

Ważniejsze jest to, żebyś wstał, otrzepał się i przestał czekać na odpowiedni moment. On nie istnieje. Ja go szukałam mniej więcej osiemnaście lat. Nie znalazłam. Po prostu założyłam bloga i zaczęłam pisać. A, jak już pewnie wiesz, uznaję to za najlepszą decyzję, jaką kiedykolwiek podjęłam w życiu. Więc, bazując na doświadczeniach z autopsji (co oznacza, że nie opowiadam farmazonów), mówię Ci, żebyś w końcu zaczął pisać tę książkę, założył tego bloga, kanał na YouTubie czy Twitchu, żebyś spróbował dostać tę wymarzoną pracę albo zacząć te studia, które zawsze chciałeś skończyć.

Jak coś się zepsuje, w najgorszym wypadku spokojnie wrócisz do szarej rzeczywistości, gdzie prokrastynacja to chleb powszedni, a biednego ktosia, kogo właśnie przejechał walec, widzisz codziennie w lustrze. A jak się nie zepsuje?

Tylko pomyśl, jak może być wtedy świetnie.

15. Zaobserwuj na Instagramie gościa, który nazywa się Jocko Willink i wchodź na jego profil codziennie.

Kiedy motywacja robi Cię w konia, zawsze masz jeszcze swoją kochankę, czyli determinację.

Zrozumiesz, o co mi chodzi, jak faktycznie tam wejdziesz.

16. Jeśli coś Ci się nie podoba, nie próbuj udawać, że jest inaczej.

Tutaj powołam się na pewne mądre zdanie, które wypowiedziała w jednym z wywiadów Billie Eilish: „nigdy nikogo w pełni nie zadowolisz„. Nigdy. Ja wiem, że czasem człowiek próbuje się poświęcić, godzi się na jakieś głupie rzeczy, wytrzymuje sytuacje, które doprowadzają go do białej gorączki, tylko dlatego, aby komuś dogodzić. Albo żeby komuś zaimponować. Prawda jest jednak taka, że to się nigdy w pełni nie uda. Po prostu.

Pamiętasz te grupki w podstawówce (tak, po raz kolejny przywołam jako przykład podstawówkę, bo to był chyba najgłupszy okres w życiu każdego człowieka — przynajmniej w moim życiu taki był), które specjalizowały się w dokuczaniu innym i generalnie słynęły z tego, że byli w nich najwięksi chuligani (czy ja naprawdę użyłam tego słowa?), a w tej grupce prawie zawsze znalazł się jeden dzieciak, który był tam tylko dlatego, żeby się przypodobać innym półgłówkom, a nie dlatego, że sam nim jest? To nawet bardzo popularny motyw w młodzieżowych filmach. Ten dzieciak najprawdopodobniej bał się powiedzieć, co sądzi o tym idiotycznym cyrku, jaki odpierdalają jego koledzy, więc udawał, że jest jednym z nich. Tylko po to, aby nie zaczęli go gnębić.

Błąd.

Kiedyś miałam taką jedną sytuację, w której odważyłam się powiedzieć, że mi się coś nie podoba. Po lekcjach zawsze spotykaliśmy się na murku przed szkołą. Tamtego dnia wszyscy już tam byli, ja jak zwykle spóźniona, zdążyłam się wpierdolić w sam środek wielkiej kłótni, bo jacyś chłopcy śmiali się, że jednej dziewczynie wypada z plecaka prezerwatywa (kiedy to tak naprawdę był kawałek jakiegoś materiału, czy coś). Nie wiem, co było z nami wszystkimi nie tak za czasów podstawówki, serio. A ja, wówczas mała Maria, wzrostem przypominająca raczej skrzata, wskoczyłam na murek i bardzo ostentacyjnie zaczęłam się na wspomnianych chłopców wydzierać, że są skończonymi debilami (tak, już wtedy znałam takie słowa), że nie podoba mi się to, jak się zachowują, że to godne co najmniej jaskiniowców i w ogóle niech mi zejdą z oczu, bo nie mogę na nich patrzeć.

Zdziwili się. Pamiętam to. Aż mi się uśmiech ciśnie na usta.

Uznałam, że nie chcę być jak taki jeden dzieciak, który siedzi cicho tylko dlatego, żeby przypadkiem nie oberwać i pozwala innym krzywdzić tych, którzy najmniej sobie na to zasłużyli.

To tylko taki przykład, ale w tym punkcie wcale nie chodzi tylko o sytuacje, w których ktoś robić komuś innemu przykrość. Tu po prostu chodzi o to, żebyś nie próbował udawać, że coś Ci się podoba (albo że Ci nie przeszkadza), kiedy jest zupełnie odwrotnie.

17. Nie wstydź się łez. Płacz Cię buduje, a nie niszczy.

Uznanie płaczu za coś, czego powinno się wstydzić, jest prawie tak mądre, jak stwierdzenie, że ślimak to ryba (nie, to wcale nie jest nawiązanie do przepisów unijnych, mylisz się). Bardzo wielu z nas prawdopodobnie wstydzi się łez z powodów, których najpewniej nigdy nie zrozumiem. Głównie dlatego, że sama nie mam jakoś specjalnie problemu ze łzami. Zresztą, jeżeli nie płakałeś na Królu Lwie, to ja naprawdę nie wiem, czy wszystko z Tobą w porządku. Nie no. Żarty żartami.

Płacz nie jest powodem do wstydu.

Dzisiaj bycie silnym jest atrakcyjne. Bycie niczym niewzruszonym, twardym jak skała, wytrzymałym i zawsze zdeterminowanym do działania. Płacz? Płacz jest dla słabych. Sen też.

Najlepiej w ogóle nie płaczmy ani nie śpijmy. Toż to wstyd i słabość!

Błagam. Wszystkich ludzi (w tym mnie jeszcze do niedawna), którzy uważają, że płacz to powód do wstydu — no błagam Was. Przestańcie.

Płacz to dowód na to, że jesteś człowiekiem. Bo płacz to rzecz ludzka. Płacz to coś, co człowieka buduje. Pozwala dać upust emocjom, pomaga w pokonywaniu ciężkich chwil, uwalnia całą negatywną energią, jaką w sobie codziennie zbieramy. Płacz jest w pewien sposób piękny.

Nieważne, czy spowodowany wzruszeniem, smutkiem czy może radością.

Nie wstydź się go. W żadnym wypadku.

18. Jeśli uważasz, że masz za dużo pasji i za mało czasu — nie jesteś “zbyt utalentowany”, tylko leniwy.

A ten punkt jest tutaj głównie dlatego, że zamierzam go sobie skopiować do Worda (dobra, Pages, bo ja mam tego dziwnego MacBooka, co nie), wydrukować i nakleić gdzieś, gdzie będzie zawsze widoczny. Najlepiej na czole. 

Bo już nie mogę. 

Nie wiem, ile razy w mojej głowie pojawiła się myśl, że ja to przecież mam TYLE pasji, a czasu TAK MAŁO, że przecież jeszcze studia, że tu to, tu tamto.. Pierdolenie. Pierdolenie, pierdolenie, pierdolenie.  Mniej czasu z kciukiem zapierdalającym po ekranie telefonu. Mniej śmiesznych kotów na YouTube. Mniej memów. Mniej wszystkiego, co jest zwykłą stratą czasu. 

Nieważne, jak bardzo przyjemną.

I pomyśleć, że ja naprawdę byłam przekonana, iż istnieje coś takiego, jak “bycie zbyt utalentowanym”. Ja pierdolę. Nie bądź mną. Po prostu zorganizuj lepiej swój czas. A raczej spróbuj, bo organizacja czasu to trochę taka czarna magia, szczerze mówiąc. Coś, czego ja momentami się wręcz boję. Ale próbuję się z tym oswajać. Ograniczać Fejsbuki i inne Twittery.

Boli. Ale jest tego bólu warte. Wiem to.

19. Wspaniałe rzeczy nie mają prawa być łatwe.

Być może chcesz wylecieć kiedyś do Nowego Jorku i tam zamieszkać. A może chcesz stać się światowej sławy gwiazdą rockową. Przebiec ultramaraton. Nagrać film z Gonciarzem albo Neistatem. Może chcesz nauczyć się żonglowania, a może chcesz przeczytać pięć tysięcy książek. Albo stworzyć film dokumentalny. Spotkać Roberta Downey Juniora. Zobaczyć na własne oczy świat z najwyższego szczytu na świecie. Nieważne. Nieważne, jak wielkie jest Twoje chcesz.

Na pewno jest wspaniałe. Jeśli nie dla mnie, to dla Ciebie.

A wszystkie wspaniałe rzeczy nie mają prawa być łatwe.

Tak, jak napisałam gdzieś wcześniej — nikt nie wskoczył na Mount Everest. Nikt nie zarobił fortuny przez jedną noc (chyba, że wygrał na loterii). Nikt nie przebiegł maratonu po dwóch treningach. Nikt nie osiągnął wymarzonej wagi po tygodniu niejedzenia cukierków (a szkoda, bo myślałam, że mi się uda). Nikt nigdy nie zrobił niczego wielkiego bez żadnych starań.

20. Cierpliwości.

Do każdej rzeczy, o której tutaj przeczytałeś.

Do siebie samego.

Do złośliwych osób.

Do polepszania swojego życia.

Do małych sukcesów i spektakularnych porażek. Żeby było odwrotnie.

Do życia. Dla życia. Od życia.

Do wszystkiego.

Po prostu.


Chwila. Czy to już? O cholera. To już. W końcu.

Dzięki, że dotrwałeś. I mam nadzieję, że ten tekst Ci się przyda. Prędzej lub później.

M.

2 myśli na temat “Przeżyć 175 200 godzin

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s